Dwa zdjęcia – jedna opowieść

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Styczeń 19th, 2017

Spotkały się, a właściwie wpadły na siebie z impetem, w czwartkowe popołudnie 26 kwietnia 2016 r., obie miały przy sobie fotografię tego samego mężczyzny w średnim wieku. Dwa identyczne zdjęcia; na każdym z nich Bronisław Schmidt – Sybirak. „Skąd ma Pani zdjęcie mojego ojca?!” – zapytała młodsza. „Dał mi je na Syberii 65 lat temu!” – odpowiedziała starsza z kobiet. „Znamy się tyle lat, a Pani mówi mi o tym dopiero teraz?!”

Wokół gwar, trwa właśnie spotkanie Sybiraków – swobodne rozmowy przy kawie po oficjalnym zebraniu, a one milkną przejęte zdziwieniem. Właśnie historia zatoczyła koło.

Genowefa, córka Jana

Ma 74 lata, włosy w odcieniu siwego blondu, pogodną twarz i takie ciepło w oczach, że można ogrzać własne smutki w jej spojrzeniu. W 1950 r., kiedy miała osiem lat, wywieziono ich z Trzciańca (powiat Mościska) na Syberię – za kułactwo. Trafili tam całą rodziną: rodzice, Genia z siostrą i babcia – staruszka. Ojciec uporczywie odmawiał wstąpienia do kołchozu, tacy jak on byli reakcyjnymi wrogami panującego ustroju.

„Pani Jagodo, mam przy sobie zdjęcie nieznanego polskiego zesłańca, które przywiozłam z Syberii do Polski ponad 60 lat temu. Proszę o tej historii napisać, proszę napisać o tym człowieku! Obiecałam mu pamięć!” – zachęca mnie z nutą goryczy w głosie pani Genowefa.

Dzieciństwo na zesłaniu w Krasnojarskim Kraju jest dla niej rozdzierającym serce wspomnieniem. Lata tułaczki i głodu… Pamięta tamtego wychudzonego polskiego zesłańca niedaleko chakaskiego sowchozu i jego zaskakującą prośbę: „Zabierz dziewczynko tę fotografię, nie wiem, czy dane mi będzie wrócić do Polski. Zabierz przynajmniej moje zdjęcie…”.

Był upalny lipcowy dzień 1951 r., rodzice od rana ciężko pracowali: mama w ogrodzonym drutami sadzie, a ojciec w sowchozie. Za sowchozem była budowa, na której pracowali więźniowie pilnowani przez uzbrojonych żołnierzy. Jeden z więźniów cichutko podszedł do ogrodzenia, myślała że poprosi ją o chleb. Nie miała chleba, a on poprosił – z udręką w oczach – by przyszła w to samo miejsce na drugi dzień, o tej samej porze. Dziwna prośba, ale odważyła się ją spełnić. Wtedy dał jej swoje zdjęcie. „Zabierz dziewczynko tę fotografię, nie wiem, czy dane mi będzie wrócić do Polski. Zabierz przynajmniej moje zdjęcie…”.

Jak potoczyło się jego życie, czy miał tyle szczęścia, co jej bliscy i wrócił do kraju? Zastanawiała się nad jego losem przez bez mała 60 lat… Wiedziała tylko, że nazywał się Bronisław Schmidt. Zostawił jej na odwrocie fotografii dedykację: „Na Pamiątkę Małej Geni – Schmidt Bronisław R/1951/7/8 Proszę zachować”.

Tosia, córka Bronisława

Urodziła się w Czernogorsku. Jej ojciec po II wojnie światowej, pracownik Korpusu Ochrony Pogranicza, został aresztowany w 1946 r. i na mocy wyroku z art. 54-10 „a” Kodeksu Karnego Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej skazany na pobyt w specjalnym obozie pracy na Syberii w rejonie Czernogorska. Jako więzień pracował m.in. przy budowie; tak jak ojciec Genowefy był ofiarą totalitarnej ideologii, w której pojedyncze ludzkie życie było epizodem. Postanowił, że – jak Opatrzność pozwoli – zostawi po sobie przynajmniej zdjęcie, kruchy ślad jego życia na dalekiej Syberii. Myślał o śmierci, ale zamiast niej przyszła… miłość i nowe życie!

Miał 45 lat, kiedy w Czernogorsku urodziła mu się córka Antonina, nazywana Tosią. Jej matką była Eugenia Brendler – więźniarka polityczna również deportowana na Syberię. Mężem Eugenii i ojcem Tosi był Bronisław Schmidt (1907–1982).

Fotografia ojca – ta z Czernogorska – którą przywiózł ze sobą z zesłania, jest dla Antoniny jak relikwia, jak młodszy braciszek, który zmarł na Syberii, ale przecież żyje w jej pamięci! Tosia – córka zesłańców, to delikatna kobieta o młodzieńczej duszy. Ma teraz 64 lata.

Dwie historie – jedno zdjęcie

Od lat 90. Antonina przychodzi na spotkania lokalnego Oddziału Związku Sybiraków w Bielsku-Białej. Przeczytała prawie wszystkie książki na temat deportacji, nie pamięta chakaskiego sowchozu, ale odtwarza w pamięci dramatyczne wspomnienia rodziców. Jej ojciec nie żyje od 34 lat. Genowefa – Sybiraczka o pogodnym spojrzeniu, to jej koleżanka. Bywało, że siedziały nawet obok siebie na zebraniach Sybiraków. Tylko tyle; nie miały pojęcia o wspólnej przeszłości. Genia była tą dziewczynką, która przywiozła do Polski zdjęcie jej ojca. Rodziny mieszkały po powrocie do kraju w tym samym mieście, może nawet Bronisław mijał Genię na jednej z ulic ich nowego życia… Ona nie kryje zdumienia, że córką Bronisława Schmidta jest właśnie Antonina!

Nie ma przypadków, Bronisław Schmidt po 65 latach upomniał się o swoje zdjęcie! Pisał przecież w jednej ze swoich pieśni starożytny poeta Horacy „Non omnis moriar” – nie wszystek umrę…

Szanowni Sybiracy! Każde Wasze wspomnienie otwiera szerzej okno historii i kształtuje pamięć następnych pokoleń.

Pamiątkowe zdjęcia

Pamiątkowe zdjęcia, z lewej fotografia Bronisława Schmidta wręczona na Syberii

Antonina Schmidt i Genowefa Kucharczyk z redaktorem Stanisławem Gackiem

Antonina Schmidt (pierwsza z lewej) i Genowefa Kucharczyk (z domu Żak) z redaktorem Kroniki Beskidzkiej Stanisławem Gackiem, foto. jap

Antonia Schmidt (z lewej) z Genowefą Kucharczyk

Antonia Schmidt (z lewej) z Genowefą Kucharczyk (z domu Żak), 2016 r., foto. jap

Oprac.: Jagoda Podolak

Wspomnienie o Halinie Olszewskiej

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Marzec 18th, 2016

Można odejść na zawsze,
by stale być blisko…

Jan Twardowski

Halina Olszewska

Inicjatorką utworzenia Oddziału Związku Sybiraków w Białymstoku była Halina Olszewska. Pierwsze spotkanie zainteresowanych odbyło się 13 stycznia 1989 r. w sali Domu Nauczyciela przy ul. Warszawskiej w Białymstoku. Niespodziewanie dla organizatorów na spotkanie przyszło ponad tysiąc osób.

 „Ja doskonale wiem, że zostaliśmy skaleczeni na całe życie przez sowieckich oprawców. Kiedy człowiek zostanie tak mocno zraniony, niewinnie i bezprawnie, staje się zamknięty w sobie, ostrożny i nieufny w stosunku do wszystkich i wszystkiego. Polega jedynie na sobie, hamuje się i odsuwa od siebie nawet to, co jest prawnie dostępne. I z ciągłym lękiem przed jutrem. Takie cechy charakteru, wryte głęboko są już nie do naprawienia i czasami krzywdzą bliskich. Jest to po prostu nieuleczalne kalectwo. A może się mylę?”pisze Halina w swojej książce „Moja droga ciernista”.

*

Halina Irena Olszewska z domu Szrodecka urodziła się w 1929 r. w Kożanach koło Strabli, „…na pagórku niewielkim we brzozowym gaju stał dwór szlachecki z drzewa, lecz podmurowany; świeciły się z daleka pobielane ściany…”.

Była córką Jerzego Szrodeckiego (właściciela majątku Kożany) i Ireny z Wyrzykowskich. Spokojne ziemiańskie życie zakłócił wybuch II wojny światowej, a wkroczenie Sowietów do Polski spowodowało wiele tragicznych zdarzeń w młodziutkim życiu Haliny. Wkrótce władza sowiecka aresztowała ojca, który, jakby przewidując przyszłe losy córki, powiedział do niej na pożegnanie: „Bądź dzielna!” i pocałował ją w czoło. Tak, to był rozkaz polskiego oficera…

I nadszedł 13 kwietnia 1940 r. Tragiczna noc. Halina wraz siostrą Melanią Janiną, babcią Leokadią Wyrzykowską i matką Ireną jako zesłańcy w wagonie towarowym podążają na Sybir. Osiedlono je w Kazachstanie, w czkałowskim rejonie, w miejscowości Zielony Gaj, w szczerym stepie bez jakiejkolwiek roślinności. Pierwszym miejscem ich zamieszkania była znaleziona ziemianka. Nieco później zakwaterowały się w bani (łaźni) razem z siedmioosobową polską rodziną, w strasznej ciasnocie. Zaczęła się walka o przetrwanie dzielnych kobiet. Trzeba było ciężko pracować, aby mieć cokolwiek do zjedzenia, i zdobywać opał na ugotowanie posiłku; znosić niemiłosierną dokuczliwość wszelkich insektów; wykonywać prace ponad kobiece, a właściwie dziewczęce siły…

26 sierpnia 1940 r. umiera matka; zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Miała zaledwie 32 lata. Została pochowana na kołchozowym cmentarzu, a w jej grobie córki zakopały buteleczkę z kartką, na której były dane zmarłej.

Halina nagle musiała wydorośleć i wziąć na siebie odpowiedzialność za siostrę i babcię. Za wszelką cenę starała się być dzielna, jak nakazał ojciec. Wiosną 1946 r. dziewczyny wraz z babcią powróciły do Polski, ale nie do ukochanych Kożan. Ojcowizna była zajęta przez obcych ludzi. Trzeba było wszystko zaczynać od no nowa.

Z wielką determinacją Halina zdobyła ekonomiczne wykształcenie i przez niemal całe swoje życie zawodowe pracowała w białostockiej oświacie.

Ciężko chory ojciec z obozu w Kozielsku trafił do Krasnowodzka, a stamtąd na noszach został wniesiony na statek transportowy, odpływający do Iranu. Z Armią Andersa przybył na zachód i zamieszkał w Anglii. Nigdy już Polski nie odwiedził. Zmarł w 1966 r., pochowano go na cmentarzu pod Londynem. Halina wielokrotnie odwiedzała ojca, przemycając stamtąd książki z tzw. drugiego obiegu. Jej mieszkanie przy ul. Waszyngtona było ostoją patriotyzmu – tu wszystkim chętnym, a zwłaszcza nam, Sybirakom, udostępniała przywiezione zakazane pozycje; tu w jej mieszkaniu toczyły się rozmowy o zesłaniach na Sybir, zanim jeszcze narodził się Związek Sybiraków. Już wtedy jednoczyła wokół siebie podobnie myślących.

Przez całe życie Halina była odważną, dzielną, wyjątkowo zdyscyplinowaną, bardzo wymagającą w stosunku do siebie i do tych, z którymi współpracowała, a jednocześnie bardzo życzliwą i towarzyską osobą. Zawsze elegancka, z dumnie podniesioną głową. Była dla nas wielkim autorytetem, zawsze mieliśmy dla niej ogromny szacunek, podziw i wdzięczność.

Wieczór 13 stycznia 1989 r., kiedy to zorganizowała pierwsze spotkanie Sybiraków po latach, Halina przeżyła bardzo głęboko emocjonalnie. Niespodziewanie na spotkanie przyszło ponad tysiąc osób. Stało się coś wielkiego! Czuła, że pełni misję wyjątkową. Była dumna z siebie, szczęśliwa, ale w jej oczach dało się zauważyć łzy. Z wielkim zaangażowaniem natychmiast rozpoczęła organizowanie społeczności sybirackiej w Białymstoku. Swoją aktywnością wprost zadziwiała wszystkich; mobilizowała do działania tych, którzy po latach milczenia mogli nareszcie przyznać się do swoich prawdziwych życiorysów, związanych z zesłaniem na Sybir. To z jej inicjatywy została powołana 22-osobowa grupa założycielska, w której i ja miałam zaszczyt się znaleźć. I wreszcie, uchwałą z dnia 31 marca 1989 r. Zarząd Główny powołał Wojewódzki Oddział Związku Sybiraków w Białymstoku. Wkrótce miało miejsce Walne Zgromadzenie Białostockich Sybiraków, wybór Zarządu Oddziału i Komisji Rewizyjnej.

Halina pełniła funkcję przewodniczącej Komisji Rewizyjnej, była potem jej członkiem; do końca swojego życia interesowała się sprawami Związku Sybiraków. Na naszych spotkaniach zawsze była cenionym gościem, niekwestionowanym autorytetem w środowisku sybirackim.

Zmarła 26 września 2009 r.; pochowana została na cmentarzu w Dojlidach obok swojego męża Stanisława.

Halinko, my, Sybiracy, często wspominamy Ciebie, zwłaszcza podczas naszych spotkań – z największym szacunkiem i wdzięcznością; jesteśmy dumni z Ciebie… Dziękujemy za patriotyczne spotkania w Twoim domu jeszcze za czasów tamtej Polski, gdy dzieliłaś się z nami lekturą przywiezioną z Londynu. Tak wiele Tobie, Halinko, zawdzięczamy!

Oprac.: Janina Rutkowska

Wspólnota pamięci

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Luty 10th, 2016

Wiaczesław Masalcew to historyk, dyrektor liceum w miejscowości Objaczewo na południu Republiki Komi (Federacja Rosyjska). W swej pracy z rosyjską młodzieżą wiele czasu poświęcił zagadnieniu stalinowskiego terroru, którego namacalnym przejawem była ogromna fala zesłanych w lasy Komi mieszkańców wsi sprzeciwiających się kolektywizacji lub po prostu uznanych za wrogów władzy bolszewickiej. W efekcie kułackiej zsyłki liczba ludności tych dalekich północnych ziem zwiększyła się wielokrotnie. Rozmawiając ze starymi mieszkańcami rejonu priłużskiego w Komi, Masalcew zwrócił uwagę na powtarzający się wątek polskich zesłańców, którzy nie byli przygotowani na trudne warunki pogodowe (częste zimą czterdziestostopniowe mrozy) i życiowe – prymitywne warunki bytowe, ciężka praca, brak narzędzi, brak dostępu do pomocy medycznej. Od badaczy związanych z Fundacją „Pokajanie” dowiedział się o deportacjach Polaków w latach 1940–1941. Nowy temat wciągnął go i z czasem w pełni mu się poświęcił, przekazując młodemu pokoleniu wiedzę o polskiej karcie w historii Komi. Polaków umieszczano w tzw. osadach kułackich lub na całkiem dziewiczych terenach, z dala od miejscowej ludności, choć podczas etapów lokowano ich często w wiejskich domach. Mieszkańcy nie byli szczęśliwi z powodu nieproszonych gości, jednak Polacy pozostali na długo w ich pamięci. Ułatwiło to poszukiwania porzuconych w tajdze polskich osad i przyległych do nich cmentarzy.

         W 2007 r. Masalcew zorganizował pierwszą wyprawę młodzieży szkolnej z Lietki (priłużskij rejon) do tajgi w poszukiwaniu polskich miejsc pamięci. W jej trakcie trafił na grób Kazimierza Gargulińskiego (1869–1940), obok którego było widocznych kilkanaście innych mogił. Przez chwilę wahał się przed zdjęciem z krzyża na mogile drewnianej tabliczki z napisem w języku polskim: „Tu spoczywa Garguliński Kazimierz 1869–1940”. Zdecydował się jednak ocalić przed nieuchronnym działaniem czasu ten polski ślad. Na cmentarzu uczestnicy wyprawy postawili brzozowy krzyż, a teren, jak zawsze, ogrodzili taśmą.

          Minęło osiem lat. W czerwcu 2015 r. Roman Garguliński, prawnuk Kazimierza Gargulińskiego, organizując uroczystość rodzinną w Wierzbięcinie (woj. zachodniopomorskie), z ciekawości wpisał w wyszukiwarkę Google imię i nazwisko pradziadka. Pojawiły się cztery wpisy. Jako pierwszą otworzył zapisaną cyrylicą informację Wirtualnego Muzeum Gułagu, prowadzonego przez Centrum Naukowo-Informacyjne „Memoriał” w Sankt Petersburgu. Na fotografiach Roman ujrzał mogiłę pradziadka i stojącego przy niej postawnego mężczyznę w sile wieku, którym był właśnie Wiaczesław Masalcew. Jeszcze tego samego wieczoru prawnuk Gargulińskiego wysłał maila do polskiego konsulatu w Petersburgu z prośbą o pomoc w skontaktowaniu się z Masalcewem. Następnego dnia rano w skrzynce czekała już odpowiedź: z Masalcewem najłatwiej można się skontaktować przez Janusza Kobrynia z Koła Związku Sybiraków w Bystrzycy Kłodzkiej. Na początku sierpnia Polak i Rosjanin mieli brać udział w organizowanym przez polski konsulat wyjeździe na uroczystości upamiętniające ofiary pierwszego, znanego na całym świecie, łagru na Wyspach Sołowieckich. Już na miejscu, nie bacząc na problemy z łącznością, panowie skontaktowali się przez skype’a z Gargulińskimi. Podczas tego wirtualnego spotkania Roman Garguliński zaprosił Wiaczesława Masalcewa do Polski.

W listopadzie 2015 r. Masalcew przyjechał do Wierzbięcina, aby przekazać drewnianą tabliczkę licznie przybyłej na spotkanie z gościem z Rosji rodzinie Gargulińskich. Ze łzami w oczach, odwlekając moment przekazania tabliczki, wymieniali się pierwszymi informacjami i opowieściami. Wreszcie Wiaczesław Masalcew uroczyście wniósł tabliczkę. Mężczyźni zerwali się od stołu, otoczyli go ciasnym kręgiem, a on przekazał deszczułkę prawnukowi zmarłego w Komi Romanowi Gargulińskiemu, który rzekł z powagą: „To dopiero początek drogi powrotnej pradziadka do Polski”. Okazało się, że w następnym roku planują przywiezienie prochów Kazimierza do Polski i zorganizowanie mu katolickiego pogrzebu.

Tabliczkę i krzyż zbili z drewna, najprawdopodobniej sosnowego lub modrzewiowego, nieżyjący już synowie Kazimierza Gargulińskiego – Stanisław oraz Antoni – dwójka z dziesięciorga rodzeństwa. Obaj wraz z całą rodziną zostali w lutym 1940 r. zatrzymani w Dubowcach pod Tarnopolem i deportowani do Komi jako przymusowi osadnicy. Dziadek Kazimierz ze względu na wiek i stan zdrowia nie był już zmuszany do pracy, zajmował się wnukami. Jego śmierć po latach opisał, wówczas sześcioletni, syn Stanisława – Bronisław, obecnie żyjący w New Jersey, w swoich wspomnieniach „Through the eyes of a child”. Śmierć seniora była cicha, niemal niezauważalna. Pochylając się nad kołyską swojej wnuczki Józefy, Kazimierz nagle osunął się na nią i stracił przytomność. Został pochowany na polskim cmentarzu przy specposiołku Czesjol. Antoni Garguliński często powtarzał swojemu synowi Alojzemu, że do śmierci nie zapomni krzyża i tabliczki, którą wraz z bratem przygotował, aby umieścić na mogile Kazimierza. Mieli proroczą nadzieję, że przetrwa sto lat.

Wiaczesław Masalcew przyjechał do Polski na kilka dni. Jego wizyta to kolejny dowód na to, że odległości w czasie i przestrzeni, a nawet trudności językowe, nie są żadną przeszkodą w nawiązaniu rozmowy, otwierającego nowe perspektywy dialogu, bliskości i przyjaźni, jednym słowem tego, co szumnie nazywane jest pojednaniem.

Joanna Marciniak

Nie mogę zapomnieć…

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Listopad 12th, 2014

Rzucałam się na wąskim łóżku męczona jakimś sennym koszmarem, z którego pamiętam tylko moją zmarłą kilkanaście lat temu Babcię. Stała tak w tym śnie i głaszcząc mnie po głowie, powtarzała jedno zdanie: nie bój się ich, tylko się ich nie bój, a wszystko będzie dobrze. Ala ja właśnie się czegoś bałam, nie wiedziałam czego, ale bardzo się bałam.

Obudziła mnie moja teściowa, niekompletnie ubrana, ktoś z tyłu oświetlał mnie latarką, a ona mówiła drżącym głosem: „musisz wstać Ireczko”, nie rozumiałam dlaczego, bo za oknem była ciemna noc. Jakaś groza była w tej scenerii. Przez chwilę myślałam, że to dalszy ciąg przykrego snu, tylko tam była Babcia i jej kojące słowa, że wszystko będzie dobrze, a tu stała przerażona Ciocia Bronia (tak nazywałam teściową). Noc z 9 na 10 lutego 1940 r. przerastała najstraszniejszy senny koszmar i nic nie zwiastowało, że kiedykolwiek będzie dobrze. Nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam potem i jak się zachowywałam. Na pewno tak jak wymagała tego sytuacja. Wszystko wyparowało z głowy.

Pamiętam dopiero jazdę saniami. Było bardzo zimno i było mi bardzo niewygodnie w moim ciężarnym grubym ubraniu. Jechaliśmy bardzo długo. Długi ciąg sań przed nami i tyleż za nami.

W połowie drogi chyba, co świadczy, że jakby nie wszystko jeszcze rozumiałam, spytałam, gdzie jest Hala. To moja siostra, która przyjechała mnie odwiedzić. Hala z nami nie jedzie. Dzierżawca ją wyprowadził. Nie martw się, na pewno jest bezpieczna. Wróci do Mamy. Do Mamy? Jeśli ona nie jedzie gdzieś na inną stację. Musieliśmy jechać bardzo długo, bo kiedy ładowano nas do bydlęcych wagonów, to znów było ciemno, a może tylko pochmurno, doprawdy nie pamiętam. Jacyś ludzie i woźnicy pomagali nam nieść nasze tobołki i wrzucali je do wagonów. Szliśmy wciąż popędzani przez żołnierzy, którzy z karabinami zakończonymi bagnetami pokrzykiwali, jakbyśmy byli uzbrojonym wojskiem albo bandytami, a nie gromadą kobiet, dzieci i niedołężnych starców. Nikt z tłumu nawet nie protestował, szliśmy przerażeni, słychać było tylko płacz i nawoływanie się. Pociąg stał gdzieś daleko, nie było już rampy, wejście do wagonu dla mnie było nie do pokonania. Ciocia Bronia objęła mnie, rozglądając się za czyjąś pomocą. Kiedy tak tupałyśmy obie przy tym wagonie, jakiś mężczyzna półgłosem powiedział do Cioci „Może my lepiej młodą panią wykradniemy?”. Uczepiłam się mocno ramienia Cioci, jedynej w tej chwili bliskiej osoby. Nikogo z tych ludzi nie znałam. „Nie, Ciociu” wyszeptałam. Ciocia znała tych ludzi, znała tego, kto to mówił. Uścisnęła mnie i powiedziała: „nie bój się ich, tylko ich się nie bój, a wszystko będzie dobrze”. Ogarnięta strachem, nic poza nim nie czułam, ale te słowa wydały mi się gdzieś niedawno słyszane. Wypadki potoczyły się szybko, nie było czasu na refleksje.

Człowiek, który rozmawiał z Ciocią Bronią, zaczął robić zamieszanie wokół wagonu, zwabiło to jakiegoś „bojca”. Nasz woźnica poskoczył do niego z zapytaniem, czy wozacy mogą już wracać do domu, gdy ten przyzwolił i odwrócił się, bo inni też go o coś pytali, w tym czasie znalazł się na mnie jakiś kożuch i ogromna czapa na głowie, która mi spadła na oczy. W jednej prawie chwili znalazłam się na saniach „rozwałkach”. To takie sanie bez boków. Narzucono na mnie kożuchy i worki z sianem, to wszystko trwało błyskawicznie, nawet nie uściskałam Cioci Broni, Alinki i Jasia.

Zmarznięte konie ruszyły z kopyta. Znowu sanie za saniami. Woźnicy prześcigali się i tak już pędzące konie, jakby wszyscy chcieli jak najprędzej oddalić się od widoku ludzi zapędzanych jak bydło do wagonów.

A ja leżałam na dnie twardych sań, podtrzymując instynktownie osuwające się ze mnie przykrycia. Czując, jak sanie podskakują na śnieżnych muldach i zataczają na zakrętach, w każdej chwili mogłam wypaść z sań. Dopiero po kilku dniach zobaczyłam sińce na ciele, ale w tej chwili nie czułam nic, nawet strachu. Nie wiedziałam, dokąd jedziemy, ani co ze mną dalej będzie. Po jakimś czasie zatrzymaliśmy się, posłyszałam jakieś rozmowy. Przez szparkę zobaczyłam, że stoimy przed jakimś sklepikiem a może restauracją, wozacy wchodzili chyba, by coś ciepłego zjeść albo wypić, bo mróz był okropny. Mój woźnica też tam wszedł, poprawiwszy przedtem coś na saniach – tak jakby tam nie było żywego człowieka, tylko te łachy.

Intuicja raczej niż świadomość sytuacji kazała mi leżeć nieruchomo i milczeć. Posłyszałam warkot nadjeżdżającego samochodu i prawie jednocześnie trzask sań pod sobą, a nad sobą ujrzałam brzuch konia. Nasze sanie stały pierwsze w szeregu. Przestraszony koń szarpnął saniami i pomknął po pustej drodze. Jakim cudem zostałam żywa na tych saniach, jest dla mnie zagadką do dziś. Za nami gnały dalsze sanie, a gonili je biegnący wozacy, wołając uspokajająco na konie. Wreszcie mój wozak skoczył na sanie. Usłyszałam jego zdyszany głos, rozumiałam, co mówił, choć ton był taki, jakby uspokajał konia. „Nu, pani, nie wiem czy żyjesz. Będzie co Bóg da. Nie mogę ja teraz nic zrobić, bo i ludzie różne tu jadą, wtedy wrócim my tam, skąd uciekli, albo i gorzej będzie. Ale już my niedaleko od domu, jak Bóg da, to i dojedziem”.

Mówił z przerwami, ale spokojnie i przyjaźnie, ni to do mnie albo do konia, a może do siebie, bo przecież też musiał się bać.

Dotarła do mnie ta monotonna przemowa, zdałam sobie sprawę, że chociaż dzieją się niezrozumiałe dla mnie rzeczy, to przecież żyję, że przynajmniej na razie mogę się czuć bezpiecznie. Poczułam wielką sympatię do tego człowieka, chociaż nie wiedziałam, jak wygląda. Gdyby odszedł, nie odnalazłabym go, chociaż tyle mu zawdzięczam. Zrozumiałam nagle, ile ten człowiek ryzykował. Przywarłam więc jeszcze bardziej do tych paru desek, które zostały z sań, żeby nie zdradzić, że na tych saniach jest coś żywego, żeby nie zdradzić siebie ani jego. Chciałam wprawdzie szepnąć cichutko jakieś słowo do niego, żeby go uspokoić, że żyję, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

Kiedy dojechaliśmy do Adamaryna, była głucha noc. Próbowałam nieudolnie podnieść swoje zdrętwiałe ciało, ale woźnica delikatnie przytrzymał mnie i dał znak, żebym zachowała się cicho. Racja! Przecież dom w Adamarynie zajęty był przez ludzi ze wsi, nam wydzielono jeden pokój. Tylko dzierżawca zajmował swoje mieszkanie po drugiej stronie domu. Podjechaliśmy do wejścia dzierżawcy. Na leciutkie pukanie w otwartych drzwiach stanął pan Waraksa – dzierżawca. Po wymianie szeptem paru zdań, szybko pomogli mi wstać i bardziej wnieśli, niż wprowadzili, do sieni. Za chwilę już obejmowały mnie ramiona mojej siostry Hali.

Halę ukryli Waraksowie. To sołtys Rusiecki, który wszedł z bojcami, wepchnął Halę szybko do mieszkania dzierżawcy. Ukryta za przepierzeniem, przestraszona słyszała wszystko, choć nic nie widziała. Mieli ją potem odwieźć do Pralnik, ale na razie w całym Adamarynie nie było koni.

Do Pralnik, do Mamy, jeżeli Mama w ogóle jest jeszcze w Pralnikach! Za tym przepierzeniem przesiedziałyśmy jeszcze do następnego wieczora, ale już w cieple i troskliwie namawiane przez gospodarzy do jedzenia. Tylko łzy, co uwięzły gdzieś w gardle, nie pozwalały nic przełknąć.

Późnym wieczorem wyruszyliśmy w drogę do Pralnik, albo i dalej, do Iwieńca. Tydzień temu miałyśmy wiadomość, że Mamusia wynajęła mieszkanie w Iwieńcu.

Boże! Tydzień temu, a wydawało się, że to było przed wiekami – tyle się wydarzyło. Runął w jednej chwili cały świat planów, projektów, poczynań. Pożegnałyśmy serdecznie rodzinę Waraksów, którzy tyle ryzykowali, by nam pomóc. Człowiek, który mnie wykradł ze stacji w Olechnowiczach, to pan Bartoszewicz, odwoził nas teraz do Pralnik albo do Iwieńca.

Tymczasem przedzieraliśmy się zasypaną świeżym śniegiem drogą przez adamaryńskie kolonie.

W mijanych zagrodach była przejmująca, martwa cisza. Z żadnego komina nie unosił się dym, w żadnym oknie nie błysnęło, choćby przelotnie światełko. Żaden ślad nie prowadził do otwartych wrót. Gdzieś odezwał się żałosny skowyt psa. Wciąż padał śnieg, zasypując ostatnie ślady dawnych gospodarzy.

Jechaliśmy wolno i cicho, bez dzwonków na szyi konia, które kiedyś zawsze towarzyszyły cicho posuwającym się saniom. Kiedy wyjechaliśmy już na trakt, pan Bartoszewicz przeżegnał się i powiedział: „Boże, toż to były same działki wojskowych osadników. Cały Adamaryn rozparcelowali na działki. Wszyscy z jednej kompanii, a pani teść był kapitanem, wszyscy żyli w zgodzie, pomagali jeden drugiemu, teraz tak pusto, co to będzie!”.

Zajechaliśmy do Pralnik. Była tam jeszcze Mamusia, zrozpaczona, że utraciła obie córki – tymczasem obie cudownie ocalały! Ale musiałyśmy szybko jechać dalej. Niebezpiecznie było zbyt głośno się cieszyć. Serdecznie ucałowałyśmy pana Bartoszewicza, który uratował właściwie dwoje ludzi, bo miesiąc później urodziłam córeczkę. Okazało się, że dziecko jest nieprawidłowo ułożone i kwalifikowałam się do cesarskiego cięcia, którego nie miał kto wykonać, bo został tylko jeden lekarz, który nie był ani chirurgiem, ani ginekologiem, tamci dwaj byli aresztowani. Trzeba przyznać, że robił, co mógł, męczyłam się dobę i jak się potem dowiedziałam, nie tylko ja traciłam nadzieję, że to przeżyję.

Wreszcie przyszła na świat, na wpół uduszona okręconą dookoła szyjki pępowiną, długo reanimowana, zanim wydała pierwszy krzyk, ważyła zaledwie 2100 g.

Po porodzie Mamusia zabrała mnie do domu, chociaż powinnam jeszcze zostać w tym szpitalu, lekarz był dobry, ale ruskie med-siostry nie podobały się mojej Mamie.

Nie uniknęłam deportacji. W nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. nawet chyba o tej samej godzinie zastukali i do naszych drzwi. Wszystko się powtórzyło, ten sam strach i bezradność. Ten sam płacz i bałagan przy wagonach. Nie było już ze mną kłopotu z wsiadaniem do wagonu. Jechałyśmy w ciasnocie w brudnym, ohydnym wagonie.

Podróż trwała prawie miesiąc. Ludzie chorowali i umierali. Nikogo nie wysyłano do szpitala, jak i nie zatrzymywaliśmy się, żeby kogoś pochować. Czy w takich warunkach urodziłabym moją córeczkę? Czy to nie był cud, że urodziłam ja jeszcze w polskim, czystym szpitalu, że ochrzcił ją polski ksiądz, na tę okropną drogę do piekła?

Nie wiedziałam, co dalej z nami będzie, ale wiedziałam na pewno, że nawet w tej ostatniej minucie przed czymś strasznym może nagle przyjść ratunek, że można na drodze spotkać ludzi, którzy zupełnie bezinteresownie pomogą. Tylko trzeba głęboko w to wierzyć, wierzyć w cuda, a wszystko będzie dobrze, jak powiedziała moja śp. Babcia we śnie. Ta wiara bardzo nam pomagała w przetrwaniu tej gehenny. A cuda się potem zdarzały nie raz.

Irena Ogrodowicz

Wspomnienia, wzruszenia, refleksje Sybiraka

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Lipiec 26th, 2013

Podróż w przeszłość (28 czerwca–1 lipca 2013 r.)

Od dłuższego czasu myślałem o podróży do rodzinnego miasta Ryzińskich – Sądowej Wiszni, miasta moich lat dziecięcych. Jednak na wyjazd nie mogłem się zdecydować, chyba zabrakło mi odwagi, by zmierzyć się z przeszłością. Do podjęcia męskiej decyzji zmobilizował mnie mój syn Bolesław, zamieszkały na stałe w Nowym Jorku.

Sądowa Wisznia kojarzy mi się z miejscem, gdzie od lat spędzaliśmy wakacje u babci Emilii Ryzińskiej, oraz z tragicznym wydarzeniem, gdy 13 kwietnia 1940 r. z całą rodziną zostaliśmy wywiezieni na Sybir.

Wspólnie postanowiliśmy, że do Lwowa polecimy samolotem. Ponieważ mojego syna – architekta – szczególnie interesowały zabytki Lwowa, zaplanowaliśmy, że w pierwszej kolejności zwiedzimy miasto i Cmentarz Łyczakowski. Następnie pojedziemy do Sądowej Wiszni.

Lot do Lwowa przebiegł bez problemów. Zamieszkaliśmy w szwajcarskim hotelu położonym w centrum miasta, co ułatwiło nam zwiedzanie wspaniałych zabytków Lwowa. Miasto powoli wraca do swojej świetności, jak twierdzą mieszkańcy, w ostatnich latach wiele zabytków odrestaurowano, przynajmniej w centrum.

Trudno wymienić to wszystko, co udało nam się w ciągu 2 dni zwiedzić, ale nie sposób nie wspomnieć o takich wspaniałych cudach architektury jak katedra św. Jura, Narodowy Teatr Opery i Baletu, pomnik Adama Mickiewicza, kościół Bożego Ciała, budynek „Pory roku”. W czasie rozmowy z jednym z turystów ukraińskich powiedziałem: „Jednak te wszystkie cuda architektury zbudowali Polacy”, zadumał się i nic nie odpowiedział.

Na Cmentarzu Łyczakowskim wynajętym meleksem odwiedziliśmy z przewodnikiem prawie wszystkie ważniejsze historycznie grobowce. Wspomnę tylko o kilku, które zrobiły na nas szczególne wrażenie: nagrobek Artura Grottgera, Juliana Ordona, Marii Konopnickiej, sarkofag „Żelaznej Kompanii”. Ciekawostką był grobowiec zmarłego pana z 2 leżącymi pieskami. Na Cmentarzu Orląt Lwowskich zobaczyliśmy Pomnik Chwały, Kaplicę Orląt oraz wiele indywidualnych grobów, z których każdy jest częścią historii obrony Lwowa.

Wieczorem przy lampce wina opowiedziałem synowi historię sprzed 73 lat, która ma związek z Lwowem w czasie wywózki na Sybir. Nie wiem, dlaczego nasz transport zatrzymano na lwowskim dworcu głównym. Może dołączano wagony z ludźmi takimi jak my z innych miejscowości. Mieszkańcy Lwowa zgotowali nam wspaniałą, spontaniczną manifestację serca, jakiej nigdy potem nie widziałem. Przez zakratowane drutem okna wagonów podawali nam chleb, cukier i inne produkty żywnościowe. Mimo zakazów konwojentów wiele żywności dostało się do naszych rąk. Gdy pociąg ruszył, zgromadzony tłum zaintonował „Mazurka Dąbrowskiego”. Żegnano nas płaczem i śpiewem. My też płakaliśmy, zagubieni i przerażeni. To był ostatni przystanek na terenie Polski. Ruszyliśmy w daleką drogę, która dla tysięcy Polaków była ostatnią. Moja mama i babcia nigdy do Polski nie wróciły. Uważam, że to był wyjątkowy moment, by właśnie w tym miejscu tę historię synowi opowiedzieć.

Sądowa Wisznia

Miasteczko Sądowa Wisznia leży nad prawym dopływem Sanu, rzeką Wisznią, Wiszeńką i Rakówką. Z dala widać kopuły cerkwi greckokatolickiej i prawosławnej. Dalej na wzgórzu znajduje się pięknie położony klasztor ojców reformatów. Mieszkańcy należeli do kilku grup narodowościowych, ale żyli ze sobą w zgodzie.

Pamiętam piękny park, a w nim pałac. Niedaleko stadnina ogierów, młyn, sąd i Kasa Stefczyka. Były restauracje, kawiarnie, klub sportowy, szkoły i szpitale. Jednym słowem pamiętam miasto pełne gwaru, żyjące swoim życiem.

Podróż samochodem zajęła nam niecałą godzinę. Przed tablicą z napisem „Sudowa Wysznia” zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Nie wiem, jak opisać swoje pierwsze wrażenie. Serce mi biło, w oczach miałem łzy. Po tylu latach zobaczyć swoje rodzinne miasto to niesamowite przeżycie. Wszystko takie małe, główna ulica, którą wolno jechaliśmy, prawie pusta. Nie widać sklepów, dopiero na rynku były sklep i restauracja.

Nasza wizyta była zapowiedziana, przywitał nas pan Roman Wójcicki z żoną Haliną, która prowadzi chór dziecięco-młodzieżowy „Lilia”. Byłem ogromnie zaskoczony, gdy po wejściu do świetlicy 2 dziewczynki przywitały mnie chlebem i solą przy akompaniamencie chóru „Lilia”. Wszyscy byliśmy wzruszeni, syn miał łzy w oczach. Chór wystąpił z półgodzinnym koncertem na naszą cześć.

Po występie był wspólny obiad, w czasie którego pani Halina dużo nam opowiedziała o działalności chóru, jego sukcesach i trudnościach, z jakimi się borykają. Mnie jednak ciekawiło, jak wygląda nasz dom, z którego nas wywieziono. Pamiętam piękny ogród pełen kwiatów, dom jeden z ładniejszych w mieście. Pamiętam strych, na którym były „skarby całego świata”, które dziadek Józef przez lata składał.

Rzeczywistość okazała się okrutna, ruina domu, zamiast ogrodu i pięknych róż – chwasty i dziwne zarośla. Poprosiłem właścicieli, abym mógł wejść do środka. Powiedziałem, że z tego domu byłem wywieziony na Sybir. Nie bardzo to ich obchodziło, byli to Ukraińcy.

W Sądowej Wiszni mieszka wielu Polaków, a Ukraińcy znają język polski. W czasie spaceru po miasteczku spotkani Polacy odnajdywali dalekie pokrewieństwo z Ryzińskimi.

Przedwojenny kościół jest ładnie odnowiony. W środku znajduje się tablica z listą mieszkańców Sądowej Wiszni, którzy zginęli w Katyniu. Wśród nich jest nazwisko mojego taty kpt. Bolesława Ryzińskiego.

Powrót do Lwowa przebiegł w zmiennych nastrojach, wszystko było inne od moich dziecięcych wyobrażeń. Z drugiej strony zadowolenie, że zobaczyłem swoje miasto i że towarzyszył mi mój syn, który w czasie tej krótkiej podróży wiele przeżył i zobaczył dom rodu Ryzińskich. Po powrocie do Lwowa, do późnego wieczoru rozmawialiśmy o wrażeniach z pobytu w Sądowej Wiszni. Syn zadawał dużo pytań, na które starałem się odpowiedzieć.

Na drugi dzień lot do Polski, który odbył się bez przeszkód. Polska, pomimo codziennych trosk, jest bardziej kolorowa, weselsza, nasza.

Moja pielgrzymka do przeszłości spełniła 2 ważne cele. Zaspokoiła moją ciekawość, pokazałem mojemu synowi Bolusiowi (tak go nazywam do dzisiaj) miasto mojego dzieciństwa. Udowodniłem, że nie wziąłem się znikąd, miałem wspaniałą patriotyczną rodzinę, swój dom, że z Sądowej Wiszni, przez Sybir, przywędrowałem do Gdyni.

Uważam, że była to bardzo ciekawa lekcja poglądowa dla pokolenia, które po nas przejmie pałeczkę. Oni będą opowiadać swoim dzieciom i wnukom o tragicznych losach „Dzieci Sybiru”.

Z synem Bolesławem Ryzińskim przed gmachem Narodowego Teatru Opery i Baletu we Lwowie

Grobowiec Marii Konopnickiej na Cmentarzu Łyczakowskim

Kwatera Orląt Lwowskich

Tablica z napisem „Sudowa Wysznia” przed wjazdem do miasta

Chór dziecięco-młodzieżowy „Lilia” pod dyrekcją pani Haliny Wójcickiej

Nasz dom rodzinny, z którego 73 lata temu wywieziono nas na Sybir – bez komentarza!

Oprac.: Aleksander Ryziński

« POPRZEDNIE WPISY  

Liczba wejść na stronę: Licznik