Wspomnienia, wzruszenia, refleksje Sybiraka

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Lipiec 26th, 2013

Podróż w przeszłość (28 czerwca–1 lipca 2013 r.)

Od dłuższego czasu myślałem o podróży do rodzinnego miasta Ryzińskich – Sądowej Wiszni, miasta moich lat dziecięcych. Jednak na wyjazd nie mogłem się zdecydować, chyba zabrakło mi odwagi, by zmierzyć się z przeszłością. Do podjęcia męskiej decyzji zmobilizował mnie mój syn Bolesław, zamieszkały na stałe w Nowym Jorku.

Sądowa Wisznia kojarzy mi się z miejscem, gdzie od lat spędzaliśmy wakacje u babci Emilii Ryzińskiej, oraz z tragicznym wydarzeniem, gdy 13 kwietnia 1940 r. z całą rodziną zostaliśmy wywiezieni na Sybir.

Wspólnie postanowiliśmy, że do Lwowa polecimy samolotem. Ponieważ mojego syna – architekta – szczególnie interesowały zabytki Lwowa, zaplanowaliśmy, że w pierwszej kolejności zwiedzimy miasto i Cmentarz Łyczakowski. Następnie pojedziemy do Sądowej Wiszni.

Lot do Lwowa przebiegł bez problemów. Zamieszkaliśmy w szwajcarskim hotelu położonym w centrum miasta, co ułatwiło nam zwiedzanie wspaniałych zabytków Lwowa. Miasto powoli wraca do swojej świetności, jak twierdzą mieszkańcy, w ostatnich latach wiele zabytków odrestaurowano, przynajmniej w centrum.

Trudno wymienić to wszystko, co udało nam się w ciągu 2 dni zwiedzić, ale nie sposób nie wspomnieć o takich wspaniałych cudach architektury jak katedra św. Jura, Narodowy Teatr Opery i Baletu, pomnik Adama Mickiewicza, kościół Bożego Ciała, budynek „Pory roku”. W czasie rozmowy z jednym z turystów ukraińskich powiedziałem: „Jednak te wszystkie cuda architektury zbudowali Polacy”, zadumał się i nic nie odpowiedział.

Na Cmentarzu Łyczakowskim wynajętym meleksem odwiedziliśmy z przewodnikiem prawie wszystkie ważniejsze historycznie grobowce. Wspomnę tylko o kilku, które zrobiły na nas szczególne wrażenie: nagrobek Artura Grottgera, Juliana Ordona, Marii Konopnickiej, sarkofag „Żelaznej Kompanii”. Ciekawostką był grobowiec zmarłego pana z 2 leżącymi pieskami. Na Cmentarzu Orląt Lwowskich zobaczyliśmy Pomnik Chwały, Kaplicę Orląt oraz wiele indywidualnych grobów, z których każdy jest częścią historii obrony Lwowa.

Wieczorem przy lampce wina opowiedziałem synowi historię sprzed 73 lat, która ma związek z Lwowem w czasie wywózki na Sybir. Nie wiem, dlaczego nasz transport zatrzymano na lwowskim dworcu głównym. Może dołączano wagony z ludźmi takimi jak my z innych miejscowości. Mieszkańcy Lwowa zgotowali nam wspaniałą, spontaniczną manifestację serca, jakiej nigdy potem nie widziałem. Przez zakratowane drutem okna wagonów podawali nam chleb, cukier i inne produkty żywnościowe. Mimo zakazów konwojentów wiele żywności dostało się do naszych rąk. Gdy pociąg ruszył, zgromadzony tłum zaintonował „Mazurka Dąbrowskiego”. Żegnano nas płaczem i śpiewem. My też płakaliśmy, zagubieni i przerażeni. To był ostatni przystanek na terenie Polski. Ruszyliśmy w daleką drogę, która dla tysięcy Polaków była ostatnią. Moja mama i babcia nigdy do Polski nie wróciły. Uważam, że to był wyjątkowy moment, by właśnie w tym miejscu tę historię synowi opowiedzieć.

Sądowa Wisznia

Miasteczko Sądowa Wisznia leży nad prawym dopływem Sanu, rzeką Wisznią, Wiszeńką i Rakówką. Z dala widać kopuły cerkwi greckokatolickiej i prawosławnej. Dalej na wzgórzu znajduje się pięknie położony klasztor ojców reformatów. Mieszkańcy należeli do kilku grup narodowościowych, ale żyli ze sobą w zgodzie.

Pamiętam piękny park, a w nim pałac. Niedaleko stadnina ogierów, młyn, sąd i Kasa Stefczyka. Były restauracje, kawiarnie, klub sportowy, szkoły i szpitale. Jednym słowem pamiętam miasto pełne gwaru, żyjące swoim życiem.

Podróż samochodem zajęła nam niecałą godzinę. Przed tablicą z napisem „Sudowa Wysznia” zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Nie wiem, jak opisać swoje pierwsze wrażenie. Serce mi biło, w oczach miałem łzy. Po tylu latach zobaczyć swoje rodzinne miasto to niesamowite przeżycie. Wszystko takie małe, główna ulica, którą wolno jechaliśmy, prawie pusta. Nie widać sklepów, dopiero na rynku były sklep i restauracja.

Nasza wizyta była zapowiedziana, przywitał nas pan Roman Wójcicki z żoną Haliną, która prowadzi chór dziecięco-młodzieżowy „Lilia”. Byłem ogromnie zaskoczony, gdy po wejściu do świetlicy 2 dziewczynki przywitały mnie chlebem i solą przy akompaniamencie chóru „Lilia”. Wszyscy byliśmy wzruszeni, syn miał łzy w oczach. Chór wystąpił z półgodzinnym koncertem na naszą cześć.

Po występie był wspólny obiad, w czasie którego pani Halina dużo nam opowiedziała o działalności chóru, jego sukcesach i trudnościach, z jakimi się borykają. Mnie jednak ciekawiło, jak wygląda nasz dom, z którego nas wywieziono. Pamiętam piękny ogród pełen kwiatów, dom jeden z ładniejszych w mieście. Pamiętam strych, na którym były „skarby całego świata”, które dziadek Józef przez lata składał.

Rzeczywistość okazała się okrutna, ruina domu, zamiast ogrodu i pięknych róż – chwasty i dziwne zarośla. Poprosiłem właścicieli, abym mógł wejść do środka. Powiedziałem, że z tego domu byłem wywieziony na Sybir. Nie bardzo to ich obchodziło, byli to Ukraińcy.

W Sądowej Wiszni mieszka wielu Polaków, a Ukraińcy znają język polski. W czasie spaceru po miasteczku spotkani Polacy odnajdywali dalekie pokrewieństwo z Ryzińskimi.

Przedwojenny kościół jest ładnie odnowiony. W środku znajduje się tablica z listą mieszkańców Sądowej Wiszni, którzy zginęli w Katyniu. Wśród nich jest nazwisko mojego taty kpt. Bolesława Ryzińskiego.

Powrót do Lwowa przebiegł w zmiennych nastrojach, wszystko było inne od moich dziecięcych wyobrażeń. Z drugiej strony zadowolenie, że zobaczyłem swoje miasto i że towarzyszył mi mój syn, który w czasie tej krótkiej podróży wiele przeżył i zobaczył dom rodu Ryzińskich. Po powrocie do Lwowa, do późnego wieczoru rozmawialiśmy o wrażeniach z pobytu w Sądowej Wiszni. Syn zadawał dużo pytań, na które starałem się odpowiedzieć.

Na drugi dzień lot do Polski, który odbył się bez przeszkód. Polska, pomimo codziennych trosk, jest bardziej kolorowa, weselsza, nasza.

Moja pielgrzymka do przeszłości spełniła 2 ważne cele. Zaspokoiła moją ciekawość, pokazałem mojemu synowi Bolusiowi (tak go nazywam do dzisiaj) miasto mojego dzieciństwa. Udowodniłem, że nie wziąłem się znikąd, miałem wspaniałą patriotyczną rodzinę, swój dom, że z Sądowej Wiszni, przez Sybir, przywędrowałem do Gdyni.

Uważam, że była to bardzo ciekawa lekcja poglądowa dla pokolenia, które po nas przejmie pałeczkę. Oni będą opowiadać swoim dzieciom i wnukom o tragicznych losach „Dzieci Sybiru”.

Z synem Bolesławem Ryzińskim przed gmachem Narodowego Teatru Opery i Baletu we Lwowie

Grobowiec Marii Konopnickiej na Cmentarzu Łyczakowskim

Kwatera Orląt Lwowskich

Tablica z napisem „Sudowa Wysznia” przed wjazdem do miasta

Chór dziecięco-młodzieżowy „Lilia” pod dyrekcją pani Haliny Wójcickiej

Nasz dom rodzinny, z którego 73 lata temu wywieziono nas na Sybir – bez komentarza!

Oprac.: Aleksander Ryziński

„Nasza na zawsze”

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Kwiecień 26th, 2013

Ziemio karmicielko naszym sercom droga i bliska

Ziemio prastara, piastowska ojczysta

Ziemio Strzelecko-Lubuska Twa dobroć Matki

Tuliłaś po wojnie polskie dziatki

Niedolą znękani ludy miejskie i wieśniacze

Garnęłaś wszystkich, było dla ciebie bez znaczeń

Ciągnęli z centrali z dalekiej też Obczyzny

Szli, wędrowali tułacze do wolnej Ojczyzny

Strzelce Krajeńskie zgliszcza – miasto zburzone

Z gruzów wyrosło odnowione

Miasteczko nieduże pełne uroków

Kto raz odwiedzi, odwiedza co roku

Baszty, mury obronne Bolesława Chrobrego

Mile witają przybysza każdego

A w centrum miasta wieża wzniesiona

Kolegiata, Ojczyzny i Strzelec Krajeńskich ozdoba odnowiona

Radośnie dzwony biją, wierni się spieszą

Aby się pomodlić, wolnością i pokojem cieszą

Każdy człowiek tu śpi spokojnie

Buduje Ojczyznę, swój dom, nie myśli o wojnie

Jadą tędy samochody jeden za drugim

Na wczasy po zdrowie w Długim

Ziemio żyzna, przepiękna jak Mazowsze

Strzelecko-Krajeńsko-Lubuska nasza na zawsze

 

Leokadia Fabiańska

 

Przeżyłem zesłanie

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Czerwiec 3rd, 2011

„(…) Mieszkałem i pracowałem w Warszawie. Gdy wybuchła II wojna światowa, zdecydowałem się wrócić do Przemyśla. Było to po 17 września 1939 r., gdy Przemyśl był podzielony pomiędzy dwóch okupantów. Granica przebiegała na rzece San. Prawa strona została zajęta przez Związek Radziecki, natomiast lewa strona (dzielnica Zasanie) przez Niemców. Do Przemyśla przyjechałem pociągiem i wysiadłem na stacji Przemyśl-Zasanie, aby dowiedzieć się o sytuacji. Udałem się na ul. Kasprowicza, a następnie przylegającą do niej boczną, gdzie we własnym domu mieszkali krewni mojej żony – Gawlikowscy i Wałęgowie. Byłem u nich – o ile pamiętam – przez trzy dni. Codziennie chodziłem nad rzekę San, obserwując, jaka jest możliwość przejścia przez granicę. Niestety, nie udało się. Zostaliśmy zatrzymani przez żołnierzy sowieckich i odprowadzeni do aresztu. Postawiono mi zarzut szpiegostwa i w konsekwencji skazano na trzy lata więzienia. Zostałem wywieziony do Sambora, a następnie w styczniu 1940 r. do obozu pracy w Samarłagrze koło Kujbyszewa, gdzie pracowałem przy budowie linii kolejowej na północ od Workuty, nad rzeką Peczorą.

Ciężki los »szpiega« skazanego na trzy lata więzienia, jeśli można nazwać szpiegostwem przejście granicy w celu połączenia się z żoną i rocznym synem.

Są to najgorsze chwile w moim życiu, katorga za niezawinione czyny i ich wspomnienie wzbudzają u mnie żal, do tego stopnia nastąpiło zwyrodnienie niektórych ludzi w stosunku do ludzi innych narodowości, którzy cierpieli za nic.

Z tego też powodu największą przykrością dla mnie jest wspomnienie tych chwil, chwil gnębienia narodu polskiego, czego byłem osobiście świadkiem.

»Szpieg« nie może żyć, musi być zniszczony całkowicie. Człowiek, który dostał się nawet bez powodu w ręce ograniczonych ludzi, musi cierpieć, nie wiedząc za co.

Głód i wyczerpująca praca więźnia potrafią zniszczyć człowieka fizycznie. Tak było ze mną. Warunki w obozie sprawiły, że ważyłem tylko 39 kg. Sił nie starczało, aby wykonać katorżniczą pracę, którą nam codziennie wyznaczano. Słabsi ginęli, silniejsi oczekiwali na swój koniec. Radością było złapanie szczura lub kota, których mięso można było zjeść.

Po przyjeździe do obozu, aby kupić coś do jedzenia, chciałem sprzedać płaszcz kolejowy, w którym wróciłem z Warszawy do Przemyśla. Trzech Rosjan załatwiało kupno. Jeden dał mi za płaszcz pieniądze, drugi kupiony płaszcz trzymał, a trzeci wyrwał mi z ręki wręczone pieniądze. Wszyscy potem uciekli. Tak zostałem bez płaszcza i bez pieniędzy, głodny.

Więzień nie może mieć nic. Więzień, a tym bardziej »szpieg«, musi być zniszczony. Jedyną wartościową rzeczą, jaką miałem, była obrączka ślubna. Więzień nie mógł jej posiadać. Obrączkę tę ściągnięto mi siłą, gdyż były trudności ze ściągnięciem jej z palca.

Warunki pracy więźniów były przyczyną wielu chorób, w tym nawet zakaźnych. Mnie również nie ominęła choroba, która była wynikiem głodu i pracy ponad ludzkie siły. Trafiłem do szpitala, jeśli można to było nazwać szpitalem. Kilkudziesięciu ludzi w jednej »sali«, w tym więźniowie chorzy na tyfus. Ludzie ci czekali na śmierć, która wybawiała ich z dalszych cierpień. Nie mogli już jeść i marne porcje »chleba« chowali pod tzw. poduszkę. Chleba tego nigdy już nie zjedli. Chorzy, którzy mogli jeszcze ruszyć się z pryczy, czekali na ich śmierć po to, by czołgając się, zabrać ten chleb, gdy tamci umierali. Ten kradziony umarłym chleb pomagał przeżyć jeszcze żyjącym. Za pracę nikt nam nie płacił. Kto zresztą płaci więźniom, tym bardziej takim, którzy popełnili tak »poważne przestępstwo«. Niech podziękują Bogu, że pozwolono im żyć.

Wybawieniem była wiadomość o formowaniu się wojska polskiego i każdy z radością się zgłaszał. Pierwszym zadaniem organizatorów było odżywienie ochotników, aby mieli siłę wziąć broń do ręki.

Rozpoczął się nowy etap w moim życiu. 12 marca 1942 r. wstąpiłem do armii generała Andersa (3. Dywizja Strzelców Karpackich, 10. Batalion Saperów Korpusu, 304. Pluton Sprzętu Mechanicznego). Otrzymałem stopień plutonowego i wykonywałem czynności operatora maszyn ziemnych. Przeszedłem cały szlak bojowy, przez Palestynę, Egipt, Syrię, Iran, Włochy. Walczyłem pod Monte Cassino.

Zostałem odznaczony Medalem Zwycięstwa i Wolności 1945, Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami, Krzyżem Monte Cassino, Medalem Wojska, Gwiazdą Italii, Gwiazdą Afryki, Brytyjską Gwiazdą za Wojnę 1939–1945, The War Medal 1939–1945.

Przez cały czas marzyłem, aby powrócić do Ojczyzny i Rodziny. W październiku 1946 r. przyjechałem z Włoch do Wielkiej Brytanii. Do Polski wróciłem statkiem 28 maja 1947 r.”.

Jarosław Rożko (1911–1982), Przemyśl 1980 r.

Wywiezieni na Sybir

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Maj 26th, 2011

Fragment wspomnień Zesłańców z 1940 r. – Natalii Gospodarczyk i jej syna Stanisława, spisanych przez Teresę Gospodarczyk, żonę Stanisława.

 

„(…) Ogromnym zagrożeniem były wilki. Każdy jeździec dostawał za pokwitowaniem kindżał, jako jedyną ochronę przed atakami wilków. Stasia bagnecik jest w pamiątkach wnuka Tomka. Zabił nim jednego basiora, gdy ten wczepił się kłami w szyję konia. Nie przebił koniowi tętnicy, a Staś zdążył, kładąc się na szyi konia, podciąć gardziel. Uciekał przed wilkami często. Staś miał za zadanie odwożenie poczty do stacji komunikacji wodnej umieszczonej nad Irtyszem. Jechało się 120 km na zmienianym raz koniu. Konie kluczyły i zawsze same wracały na trasę, której przecież nie było widać. Były małe, włochate, ale bardzo wyczuwały niebezpieczeństwo i znały trasę przejazdu. Tam Stasio nabrał miłości do koni, co idzie za nim przez pokolenia.

Organizacyjnie rok obejmował dwa okresy. Trzy letnie miesiące jeździło się »taczanką« i wtedy wiozło się dodatkowe worki z różnymi paczkami. Bardzo ciężko było konikowi, więc zwykle Staś szedł obok pieszo. Przez dziewięć miesięcy jeździł wierzchem, co koń lepiej znosił, ale taka była konieczność długości dnia i możliwości przejazdu przez bezdroża. Każdy ślad przejazdu był po godzinie całkowicie zawiany piaskiem, który falował w przestrzeni. Staś przeżył dwa wypadki – jeden to walka z wilkami, mocno poraniony on, ale gorzej koń. Dotarł do celu pieszo, ciągnąc konia. Drugi wypadek przeżył, jadąc na koniu po oblodzonych zboczach, wpadł razem z koniem między kry do Irtyszu”.

Oprac.: ZG

 

Wspomnienia

Dodane przez: Administrator - Luty 3rd, 2011

Zapraszamy Sybiraków, którzy chcieliby podzielić się swoimi wspomnieniami z zesłań do nadsyłania ich na adres internetowy Zarządu Głównego Związku Sybiraków
biuro@sybiracyzg.pl

  NASTĘPNE WPISY »

Liczba wejść na stronę: Licznik