Historycy Kazachstanu z Naukowo-Badawczego Centrum Ustnej Historii przy Uniwersytecie Pedagogicznym im. Abaja w Ałmaty dokumentują polskie ślady

Dodane przez: Agnieszka Munik - Maj 9th, 2020

Pod koniec ubiegłego roku w Kentau – mieście wchodzącym w skład województwa turkiestańskiego (które w latach wojny nazywało się południowo-kazachstańskie) Naukowo-Badawcze Centrum Ustnej Historii (Ajtyłgan tarich w języku kazachskim) działające przy Uniwersytecie Pedagogicznym imienia Abaja w Ałmaty zaprezentowało niewielki wycinek ze swej bogatej pracy naukowej poświęconej historii Kazachstanu. Ponieważ w tym wycinku znalazły się także polskie ślady, którym historycy Centrum poświęcili znaczącą ilość miejsca w prezentacji – niewątpliwie właściwym wydaje się być zaprezentowanie szerszej społeczności zarówno autorów tego przedsięwzięcia jak i tych, którzy ten polski ślad w dalekim Kazachstanie zostawili.

 

Naukowo-Badawcze Centrum Ustnej Historii przy Uniwersytecie Pedagogicznym imienia Abaja w Ałmaty – logotyp

Historycy Kazachstanu – także Ci związani z Centrum Ajtyłgan tarich od lat działają na rzecz przedstawienia swoim rodakom prawdziwego i jakże tragicznego często osądu i oceny sowieckiej przeszłości Kazachstanu, w której przyszło przed laty żyć rodowitym Kazachom i w pewnym momencie – także Polakom.

Sowiecka przeszłość Kazachstanu to ponad siedemdziesiąt lat historii kraju. To czas, kiedy władza przyniesiona na bagnetach dla osiągnięcia swojego interesu zaczęła wpływać na świadomość historyczną i narodową Kazachów. Kiedy wmawiano ludziom, że budują raj na ziemi, w którym wszyscy będą przyjemnie żyć. Dzisiaj okazuję się, że ten raj budowano na krwi, kościach i łzach ludzi. Pamiątką po tamtych okrutnych latach jest choćby taki AŁŻIR. Miejsce, w którym każdy współcześnie może poznać “dobroć” tamtego politycznego systemu, w którym człowiek jako jednostka nic nie znaczył. Ideologia, która w każdym człowieku widziała potencjalnego wroga, bez względu na wiek, wykształcenie, zawód. Nikt nie znał dnia ani godziny, a każdy mógł z dnia na dzień otrzymać wyrok : ” dziesięć lat bez prawa do korespondencji”. Te niewinne wyrazy w języku NKWD oznaczały karę śmierci.

Rewolucja pożerała nawet swoje dzieci,  czego przykładem był Magazy Masanczi – aktywny uczestnik rewolucji, walczący o utrwalenie władzy sowieckiej w Azji Średniej i Kazachstanie, który potem przez tę władzę został uznany za wroga ludu i ostrzelany.

Lata Drugiej Wojny Światowej, nazywanej w Związku Sowieckim, a dzisiaj w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw – “Wielką Ojczyźnianą” sprawiły, że obywatele Kraju Rad w znacznym stopniu wyjęli ze swojej pamięci przestępcze działania rodzimej władzy oraz negatywne jej skutki w takim stopniu, że dzisiaj znakomita część obywateli, zwłaszcza Rosji, represyjność stalinowskiego systemu uznaje za uzasadnioną i usprawiedliwioną.

Niewątpliwie Kazachstan spośród byłych republik Związku Sowieckiego, z wyłączeniem dawnych republik nadbałtyckich, które były anektowane jako niezależne państwa w wyniku paktu Ribbentrop – Mołotow, które w wyniku rozpadu Związku Sowieckiego stały się niepodległymi państwami – w sposób otwarty próbuje dokonać rzetelnej oceny tamtego okresu. Nie jest to zadanie do końca łatwe, bowiem wiele istotnych dokumentów znajduje się poza jego granicami i dostęp do nich jest utrudniony, a często wręcz niemożliwy, ze względu na gryf tajności. Tym bardziej historykom należą się wyrazy najwyższego szacunku i uznania.

Konferencja historyczna w Kentau. Od lewej strony: doktorant Jerżan Pazyłow – Uniwersytet Ałmaty; dyrektor Aknur Bajbałowa – Wydział Kultury i Języków Urzędu Miasta Kentau; profesor Mambet Kojgeldijew – dyrektor Centrum Naukowo-Badawczego Ustnej Historii na Uniwersytecie w Ałmaty, przewodniczący Związku Historyków Kazachstanu; inżynier Żasarał Machsutow – były pracownik kombinatu polimetalicznego

Wspomniane Centrum ma znaczący wkład nie tylko w tym przypadku, kiedy przywołało pamięć o obywatelach obcego państwa, którzy na terytorium Kazachstanu znaleźli się nie z własnej woli. Centrum zostało powołane do życia na podstawie uchwały rady uczelnianej uniwersytetu w sierpniu 2012 roku. W ramach różnych programów naukowych obserwuje i bada zmiany w sferze kultury, obyczajowości a przede wszystkim w świadomości historycznej i narodowej mieszkańców Kazachstanu po odzyskaniu przez to państwo niepodległości po rozpadzie Związku Sowieckiego. Działalność ta przyczynia się do budowania często od podstaw świadomości państwowej i narodowej Kazachów. W państwie, w którym w okresie władzy radzieckiej robiono wszystko nie patrząc na cenę i ofiary by tę świadomość zniszczyć – trudno tej pracy dzisiaj nie docenić. Służą temu różne projekty naukowe nawiązujące w treści do zdarzeń, a także do miejsc ważnych i znaczących w historii Kazachstanu. Osobne, ale jakże ważne miejsce w tej historii ma człowiek – nie tylko Kazach jako syn tej ziemi, ale także każdy, który w wyniku niezależnych od niego zdarzeń na tej obcej dla siebie ziemi nagle się zjawił. Wszystkie projekty tworzone są na podstawie zbieranych osobistych relacji świadków oraz przekazanych przez darczyńców w formie pisemnej materiałów oraz kopii dokumentów, fotografii. Właśnie te osobiste relacje świadków tamtych czasów mają istotny walor poznawczy i przez to są nieocenionym źródłem wiedzy o minionych czasach

Profesor Mambet Kojgeldijew – kierownik Ustnej Historii na Uniwersytecie w Ałmaty, przewodniczący Związku Historyków Kazachstanu

Centrum kieruje profesor Mambet Kojgeldijew – znakomity historyk, człowiek o wielkiej charyzmie i wielkim sercu, który jest jednocześnie prezesem Związku Historyków Kazachstanu. Szczęśliwie zgromadził wokół siebie grono oddanych sprawie współpracowników i tak wspólnie tworzą rzeczy trudne do przecenienia. To oni są autorami wszystkich zaprezentowanych w Kentau prac. To dzięki ich wysiłkowi twórczemu i badawczemu można było zapoznać się tam z następującymi owocami ich pracy: ,,Moja droga w nauce. Dziedziny naukowe w Kazachstanie. Geologia”, ,,Socjokulturowa identyczność mieszkańców Aczysaj-Kentau od 1927 roku do początków XXI wieku” oraz ,, Moje życie w kazachskim stepie. Wspomnienia polskiego zesłańca”. Z wymienionych tu prac – w dwóch ostatnich znajduje się polski ślad, któremu historycy Kazachstanu w imię historycznej prawdy postanowili poświęcić sporo miejsca.

Wydawnictwa przygotowane do prezentacji; od lewej: ,,Moja droga w nauce. Dziedziny naukowe w Kazachstanie. Geologia”, ,, Moje życie w kazachskim stepie. Wspomnienia polskiego zesłańca”, ,,Socjokulturowa identyczność mieszkańców Aczysaj-Kentau od 1927 roku do początków XXI wieku”

 

Kantagi, Aczysaj, Sergo – przystanki Golgoty Polaków

 

Nieprzypadkowo na miejsce prezentacji zostało wybrane to miejsce. Kentau jest stosunkowo młodym miastem, bowiem prawa miejskie nabyło dopiero w 1955 roku, a przyczynkiem do jego powstania była eksploatacja znajdujących się tu i w okolicy bogactw mineralnych między innymi rudy ołowiu. O tym traktuje pierwsza z wymienionych prac: ,,Moja droga w nauce. Naukowe dziedziny w Kazachstanie. Geologia” – praca zbiorowa pod redakcją profesora Mambeta Kojgeldijewa, To wydawnictwo seryjne, prezentujące poszczególne dziedziny naukowe w Kazachstanie – między innymi chemię, a tu przedstawione zostały badania geologiczne okolic Kentau pod kątem występowania bogactw mineralnych, historia miasta Kentau i okolic, także historia kombinatu polimetalicznego w Aczysaju. Możemy prześledzić tu cały okres rozwoju tego regionu od czasów Rosji Carskiej XIX wieku po czasy radzieckie 1918-1945 rok i okres powojenny. Tam dowiemy się, że to osada górnicza Mirgalimsaj dała początek nowemu miastu. Ludność miasta obok Kazachów składała się także z potomków represjonowanych wcześniej Greków, Niemców, Czechów, Ukraińców, Rosjan, Czeczeńców, ale także Koreańczyków, Uzbeków i innych. Po 1945 roku pojawili się także Japończycy jako jeńcy wojenni. Żeby uzmysłowić sobie znaczenie tego regionu należy wspomnieć o tym, że stąd pochodziło dziewięćdziesiąt procent ołowiu wydobywanego w tamtym czasie w całym Związku Sowieckim. Krótko mówiąc – na dziesięć pocisków wystrzelonych na froncie wschodnim – w dziewięciu był ołów wydobyty w tym miejscu.

Miejsca w których Polacy udostępniający swoje wspomnienia historykom Kazachstanu zostawili swój ślad

 

Z Polakami bardziej związana jest osada Kantagi, która obecnie stanowi przedmieście miasta Kentau. Skąd wzięli się tam Polacy? Otóż w czasie wojny znajdowało się tam więzienie i kolonia karna (348 Isprawitelno Trudowoj Łagier), w których to znalazła się znaczna ilość tych Polaków, którzy wiosną 1943 roku odmówili przyjęcia obywatelstwa sowieckiego i z tego powodu byli poddani represjom. Polacy, których tryby maszyny stalinowskiego terroru zaprowadziły pod karabinem w to miejsce – pracowali potem w już istniejących tam kopalniach, wokół których już po wojnie powstało miasto Kentau. Także i umierali.

Stosunkowo blisko od Kentau w jednej z wielu dolin gór Karatau znajduje się inna osada górnicza – Aczysaj. Tu także Polacy zostawili swój ślad.

W Aczysaju obok kopalni rudy ołowiu i zakładu przeróbki rudy znajdowała się także szkoła zawodowa (Fabricznyj Zawod Obuczenia) kształcąca kadry na potrzeby całego zagłębia karagandyjskiego. To miejsce dawało głównie młodym Polakom (żeby nie powiedzieć dzieciom) nadzieję na przeżycie i na powrót do kraju. Tą nadzieją był dach nad głową i stosunkowo dobre (i co najważniejsze – regularne) wyżywienie, o które nie trzeba było walczyć codziennie – jak to bywało w innych miejscach. To tu po latach ci młodzi mogli nareszcie spokojnie zjeść śniadanie, obiad, kolację. Tak więc w tym bezmiarze tragedii jakich doznali wcześniej od losu – miejsce to jawiło się niczym kraina szczęśliwości. Ale za te dobra trzeba było zapłacić. I ci młodzi chłopcy i dziewczęta płacili ciężką, niebezpieczną pracą pod ziemią i na powierzchni w ramach praktycznej nauki zawodu w szkole, a potem jako samodzielni pracownicy w miejscowej kopalni i zakładzie przeróbki rudy, albo w różnych miejscach związanych z przemysłem wydobywczym. W zasadzie do szkoły tej przyjmowano młodzież od szesnastego roku życia, ale polskim dzieciom w różny sposób udawało się obejść ten zapis, co powodowało, że do ciężkiej i niebezpiecznej pracy przystępowali czternastolatkowie, a nawet młodsi.

 

Dawna osada górnicza Aczysaj – widok współczesny.

 

Przed osadą górniczą Aczysaj znajdował się przystanek kolejki wąskotorowej Sergo – kolejne miejsce w okolicy związane z Polakami. Kolejka została wybudowana jeszcze przed wojną: prowadziła z Turkiestanu do Aczysaju omijając bokiem miejsce gdzie powstało potem miasto Kentau. W Sergo kolejka zdecydowanie skręcała na północ do Aczysaju, a na wschód od tego miejsca prowadziła droga za góry Karatau na pustynie i stepy u podnóża, gdzie znajdowały się kołchozy. Kolejka została wybudowana na potrzeby powstającego kombinatu przetwórstwa metali kolorowych, ale w latach czterdziestych służyła jako środek transportu tysięcy Polaków, którzy wcześniej dotarli do Turkiestanu koleją szerokotorową i tam przesiadali się na wąskotorówkę, która dowoziła ich do Sergo. Tu Polacy przesiadali się na arby (dwukołowe wozy ciągnięte przez woły, wielbłądy), rzadziej na samochody i rozwożeni byli na drugą stronę gór do kołchozów. Podróż kolejką, która musiała pokonać w terenie wyżynno-górzystym siedemdziesięciokilometrowy odcinek trwała do dziesięciu godzin w zależności od sprawności parowozu, podróż z Sergo do kołchozów po wcześniejszym oczekiwaniu – nawet kilka dób, w zależności od odległości do miejsca osiedlenia. Do Sergo względnie do Aczysaju wiosną 1943 roku doprowadzano w kolumnach Polaków osadzonych w Czułakkurganie (siedziba rejonu) i osądzonych za odmowę przyjęcia obywatelstwa sowieckiego. Ten około czterdziestokilometrowy marsz prze pustynny step i góry dla niejednego Polaka był prawdziwą Golgotą. Stąd wąskotorówka wiozła skazańców do Turkiestanu, gdzie przeprowadzano następnie rozdział i kierowano do pracy w różne miejsca – także do Kantag. Potem w 1946 roku z tego samego Sergo Polacy którym udało się przeżyć rozpoczynali tą kolejką powrót do ojczyzny.

Tym czasom i tym ludziom wspomniany na wstępie zespół historyków poświęcił swoją pracę pod tytułem ,,Socjokulturowa identyczność mieszkańców Aczysaj-Kentau od 1927 roku do początków XXI wieku”, która powstała w ramach naukowego programu ,,Historia i kultura Wielkiego Stepu” autorstwa profesora Mambeta Kojgeldijewa przy współudziale docent Zabiry Myrzatajewej, docent Tenliki Dalajewej i skromnej pomocy Tadeusza Isańskiego z Polski.

,,Socjokulturowa identyczność mieszkańców Aczysaj-Kentau od 1927 roku do początków XXI wieku”

Tytuł być może nie jest zachęcający dla zwykłego czytelnika, ale w istocie jest to zbiór wywiadów z żyjącymi obecnie tam mieszkańcami tych ziem, którzy pewnego dnia wraz z rodzinami zostali zmuszeni do opuszczenia swoich rodzinnych stron i zostali przywiezieni na całkiem nowe miejsce, gdzie od początku musieli od podstaw zorganizować sobie życie, a potem walczyć, by przeżyć. Mieszkańcy opowiadają o tym jak na ich oczach rodził się potężny kombinat metali kolorowych, a wraz z nim rodziło się nowoczesne życie, a po wyeksploatowaniu pokładów rudy wszystko zaczęło popadać w ruinę. Tętniąca życiem kraina umarła. To świat zapamiętany oczami dziecka, podrostka i dorosłego człowieka. Pobrzmiewa w tych rozmowach i żal za porzuconym domem, i gorycz codziennego życia, i radość z tego co własnymi rękami na odludziu zbudowali, i tęsknota za tym co było piękne nim stało się ruiną.

Znaczący fragment poświęcony został Polakom deportowanym wcześniej zwykle na północne tereny ZSRR, którzy po amnestii w 1941 roku z własnego wyboru znaleźli się w Kazachskiej SRR. Polski ślad to ponad sto pięćdziesiąt stronic z fragmentami wspomnień Polaków wybranych ze zbioru znajdującego się w posiadaniu Centrum Ustnej Historii, którzy w tamtych stronach pracowali lub znaleźli się przejazdem. Tych przejazdem było z pewnością bardzo wielu z racji kolejki wąskotorowej i przystanku Sergo o czym wspomniano kilka akapitów wyżej. Polacy wyjechali z północy w poszukiwaniu lepszego jutra, przede wszystkim z nadzieją na opuszczenie tego kraju z armią Andersa, ale rzeczywistość która ich spotkała okazała się być zgoła inną niż ta której oczekiwali.

Jak wyglądała ta rzeczywistość – wystarczy przytoczyć chociaż krótkie fragmenty zamieszczonych tam wspomnień obywateli polskich. Prawie wszystkie zostały udostępnione za zgodą Zarządu Głównego Sybiraków z siedzibą w Warszawie przez Ośrodek Karta w Warszawie – organizację pozarządową dokumentującą między innymi deportacje Polaków do ZSRR. Historycy Kazachstanu wyrażają za ten gest swoją wdzięczność i podziękowanie.

Polacy – świadkowie tamtych czasów mają glos

 

Helena Naliwko z domu Basak: urodzona w 1926 roku; deportowana wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Woronczyn – gmina Kisielin, powiat Horochów, województwo wołyńskie.

Helena Naliwko (Basak) stoi trzecia od prawej strony w górnym rzędzie; tu jako rachmistrz w kołchozie Dżuwały – rejon tiulkubaski, obwód południowokazachstański, 1945 rok

 

(…) Po dwóch dniach jazdy z Aralska wyładowali nas na stacji Borysowka. Po kilku godzinach wysiedliśmy z wagonu na stacyjce Aczysaj. Wokół stacji rozciągały się góry, gdzie niegdzie leżał na nich śnieg, była zima. Co za przygnębiające wrażenie. Mama zaczęła płakać, dlatego że straciła nadzieję, że z tego miejsca w ogóle kiedykolwiek wyjedziemy. Zaczęłam ją pocieszać, tak jak pierwszego dnia deportacji w 1940 roku. (,,,) Czułakkurgan to było małe miasteczko pośrodku pustynnej, bezkresnej przestrzeni. (…) Początek 1942 roku był bardzo trudny, dlatego że nie wszystkich Polaków przyjęto do pracy w kołchozie i nie wszyscy mogli zarobić chociaż trochę mąki, koniecznej żeby przeżyć choćby jeszcze jeden dzień. (…) Pewnego razu poszłam po wodę do źródełka oddalonego od domu o trzydzieści metrów. Słońce wtedy pięknie świeciło, ptaki śpiewały, coś świstało i szeleściło, a wokoło rozlewała się zieleń z kwiatami. Już chciałam poddać się czarowi tego miejsca, gdy coś we mnie odezwało się, coś krzyknęło – że to piękno to nie dla mnie. Przecież ja jestem na obczyźnie, moja ojczyzna, mój piękny kraj jest daleko stąd. Zrobiło mi się żal, łzy napłynęły do oczu. Co z tego że tu pięknie, że ptaki śpiewają, a słońce pięknie świeci? To miejsce nie dla mnie. Ja chcę się stąd wyrwać i jak tylko to możliwe najszybciej wyjechać do swojego ojczystego domu. Do ojczyzny. Nabrałam wody do wiaderka – chłodnej, smacznej i czystej i powoli z opuszczoną głową poszłam do domu. (…) Wszyscy – cała rodzina – zapadliśmy na kurzą ślepotę. Z początku śmieszyło nas, że wieczorem nic nie widzimy, lecz po pewnym czasie zaczęło nas to martwić. Nieco wcześniej mama poznała w Czułakkurganie pewnego Rosjanina. Był on fryzjerem, a jego żona – pielęgniarką w miejscowym szpitalu. Do tego człowieka zwróciła się mama z prośbą o radę. Co ma czynić? Jak ratować rodzinę przed tą chorobą? Może jego żona coś doradzi, bo w dziedzinie medycyny ma jakieś rozeznanie. Rosjanin wysłuchał mamę i rzekł:

– Widzisz tego psa na uwięzi? To mój pies. Ja stale trzymam psa i w miarę możliwości dobrze go karmię, a gdy wyrośnie, zabijam go i mam mięso. Tego psa wkrótce zabiję. Przyjdź do mnie, dam ci z niego wątrobę, którą wyleczysz swoje dzieci.

Nie od razu się na to zgodziła. Jak to? Psa jeść? Jednak rozsądek przeważył. Pewnego dnia rano mama dała każdemu z nas małą porcję ,,wątróbki baraniej” z sosem. (…) Zdarzało się, że tato dostał za pracę w kuźni trochę mąki, mama rumieniła ją na patelni i dodawała do lebiody. Jeśli tato zarobił trochę sera, to do lebiody dołożyła każdemu łyżkę sera. Po rannym posiłku wszystkie siostry (i ja z nimi) kładły się spać, stwierdziły bowiem, że podczas snu nie czuje się głodu. Po posiłku wieczorem również kładliśmy się szybko spać. I tak żyliśmy dzień, drugi, trzeci. O dziwo – nie umieraliśmy. Któregoś dnia Kazia wzięła do ręki miseczkę ze swoją porcją lebiody, popatrzyła na nią, a potem rzekła do mamy:

– Mamunciu kochana, ja bym chciała chociaż raz przed śmiercią najeść się do syta tej lebiody. Gdybyś choć raz dała mi to wszystko, coś ugotowała dla całej rodziny.

W odpowiedzi mama mocno się rozpłakała i długo nie mogła się uspokoić. Co się działo w sercu tak zawsze tak dobrej dla nas matki. Ileż ona wtedy musiała wycierpieć. Myśmy cierpiały tylko głód (nie miałyśmy pojęcia o miłości matczynej i o jej współczuciu), a ona cierpiała głód, a ponadto odczuwała ból serca z tego powodu, że nie miała czym nas nakarmić. Któregoś dnia rozmawiała z panią Ceślikową i tak się do niej odezwała:

– Gdybym teraz miała to co kiedyś jadły moje świnie, to dzieci nie poumierałyby mi z głodu.

Niestety, nie mieliśmy nawet świńskiego jadła.

 

Stanisław Lasek: urodzony w 1925 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Dmytrów – gmina Chołojów, powiat Radziechów, województwo tarnopolskie.

(…) Po załadowaniu transport ruszył do Turkiestanu. Pięć dni jechaliśmy i na każdym postoju zabierano z wagonów po kilka zmarłych osób. Brat Wojtuś w konwulsjach, trzymałem jego główkę na kolanach. Był w agonii. Modliliśmy się o jego śmierć lub wyzdrowienie, gdyż dziecko bardzo cierpiało. (…) Tu obsługa kolejowa wraz z lekarzem stwierdzili, że zmarł (uże pagib) i zostawili go w wagonie. Takich dzieci jak on i starszych było wiele. Podjechała arba – wóz dwukołowy zaprzęgnięty w wielbłąda, z dużym koszem, do którego wrzucono zwłoki na kupę i odwieziono w nieznanym kierunku w miejsce pochówku. Tam został mój braciszek – pierwsza ofiara w naszej rodzinie. Byliśmy nieprzytomni z bólu i żalu po stracie małego braciszka. Podjechały wagony wąskotorówki i kazano nam się załadować (wagony to lory do przewozu rudy i drewna). Ruszyliśmy w dalszą tułaczkę w nieznane. Płaczu już w wagonach nie było słychać, bo większość ludzi była w gorączce, a ci, co byli zdrowsi, pomagali chorym, podawali wodę czy kawałki chleba. Boże, zlituj się nad nami! Na drugi dzień dojechaliśmy do stacji w Aczysaju, położonej w górach Karatau. Było to miasto górnicze, kopalnie rudy żelaznej, w której pracowali jeńcy wojenni – tak zwani wykluczeni (przestępcy sowieckiej władzy). Aczysaj – to ostatnia stacja wąskotorówki, do której dochodziła kolejka wąskotorowa, kazano wszystkim wysiąść, czego surowo dopilnowali enkawudziści. Dalej prowadziła bardzo wąska droga, wśród gór pokrytych słabym drzewostanem, zaś na niektórych wysokich szczytach leżał wieczny śnieg. W transporcie był lekarz – Polak, który przyszedł na prośbę ojca zbadać mamę i siostry. Stwierdził groźny stan u wszystkich chorych. Lekarz nie dysponował lekarstwami za wyjątkiem aspiryny, bandaży. (…) W tym czasie zmarła najmłodsza siostra na rękach półprzytomnej mamy. W ciągu dwóch dni straciliśmy kochane dwie istoty: brata – dwunastoletniego Wojtka i dwu i pół letnią siostrzyczkę – Stefcię. Rozpacz bez granic. Przed śmiercią Stefcia odzyskała przytomność, wycałowała mamę i najstarszą siostrę Annę i ze łzami w oczach oddała ducha. (…) Ja z ojcem odnieśliśmy ją do kostnicy – lepianki (domek z surowej gliny). Tam też leżało już dwóch mężczyzn i dziewczyna około dwudziestu lat, w drewnianych skrzyniach (trumnach) z wiekiem. Ojciec udał się do NKWD z prośbą o trumnę lub deski na jej wykonanie. Odpowiedź brzmiała:

– Nie i nie będzie, tak pochowaj, bo jej nic nie trzeba!

W tej sytuacji ojciec zdecydował, że włoży ciało siostrzyczki do trumny zmarłej dziewczyny. Uczynił to i razem zostały pochowane w jednym grobie, blisko stacji kolei wąskotorowej Sergo – Aczysaj. (…) Zostaliśmy skierowani do kołchozu Bałdysu. (…)W tym czasie zachorowała na szkorbut siostra Rozalia. Całe ciało miała opuchnięte, W ustach sczerniałe dziąsła, także gardło. Silna gorączka, spieczone wargi, cała w konwulsjach, traciła przytomność. Znikąd pomocy ani lekarstw. Na dwa dni przed śmiercią odzyskała przytomność i wówczas mieliśmy nadzieję, że wszystko minie i siostra wróci do zdrowia. Powiedziała tylko:

– Mamo, proszę, umyj mnie i ubierz, bo jutro umrę.

Mama z płaczem wykonała prośbę. Siostra Anna uwiła z gałązek dżusanu wianuszek na głowę. Wówczas Rózia mówi:

– Mamo, prawda, że Staszek wróci jutro, bo czekam na niego. I dodała: – Chyba Bozia, Pan Jezus przyjmie mnie do nieba, gdzie spotkam się z siostrzyczką Stefcią i braciszkiem Wojtusiem!

Cała rodzina na klęczkach przy jej łóżku modliła się wraz z nią. Nazajutrz wróciłem z ropą dla kołchozu. Wszedłem do naszej lepianki, a ona usiadła i powiedziała:

– Żegnaj Staszku, ja odchodzę!

I umarła w pełnej świadomości, żegnając się z całą rodziną. Znów ogromna rozpacz nie do opisania. Mama zemdlała i wszyscy z bólem i żalem żegnali już trzecią ofiarę z naszej rodziny.

 

Józefa Dzyra z domu Stykowska: urodzona w 1929 roku; deportowana wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Ostrów – gmina Kupiczów, powiat Kowel, województwo wołyńskie.

 

Józefa Dzyra (Stykowska) w trzecim rzędzie trzecia od lewej (biała bluzka); tu przed szkołą FZO w Aczysaju

 

(…) Po kilku godzinach, jeszcze nad ranem, znaleźliśmy się w nagich górach Karatau, na stacyjce Sergo. Całą noc lał deszcz ze śniegiem i wichura. My akurat trafiliśmy do krytego, osobowego wagoniku. Wokół nagie góry. Żadnego osiedla, kilka wiat. I deszcz ze śniegiem i wichrem. Budzą nas, bo tu koniec jazdy – wysiadać! I nikt nie jest kompetentny udzielić chociażby informacji, co z nami dalej będzie. Deszcz, chłód, głód dokucza i skryć się nie ma gdzie. Głodno i chłodno. Bo ani gdzie ugotować, ani w czym. I tak przez siedem dni. (…) W środku tego osiedla zatrzymaliśmy się. I nasza furmanka stanęła. Reszta pojechała dalej. Była noc, nic nie widać.  My staliśmy przed pojedynczą lepianką, wokół rozpościerała się niwa porośnięta trzciną. Co za radość. Czekał na nas nasz gospodarz z ciepłym posiłkiem, brat naszego woźnicy, a zarazem zastępca przewodniczącego kołchozu; ten nieco bardziej umiał po rosyjsku, chociaż pojedyncze wyrazy. Resztę trzeba było się domyśleć, lecz zrozumieliśmy, że ten furman to jego brat. My będziemy tu mieszkać u niego. (…) Nie wiem jak przyjęci byli inni, bo moja rodzina, powiedzieć mogę dziś, wygrała los na loterii życia. No, a co najważniejsze ciepła izba z palącym się ogniskiem. I kocioł gotowanej wody, co umożliwiło dokładniejsze na tamte warunki, umycie się. (…) Jeszcze dobrze nie oczyściłyśmy się z insektów, gdy z piątego na szósty luty w nocy przyszedł miejscowy milicjant – Kazach, lecz jako tako znał podstawowe zwroty w języku rosyjskim.

– Polak wstawaj 88 czełowiek Armija sobirajsia.

A nas do tegoż kołchozu w sumie z dziećmi i kobietami tyle osób przewieziono. Więc poszli prawie wszyscy mężczyźni, kilka dziewcząt oraz samotnych kobiet. Gdy Tatuś odchodząc, żegnał się z mamą rzekł:

– Ja już z tej wojny nie wrócę. A ty staraj się, by mój jedyny syn przeżył, I módl się, by Józia wyzdrowiała. Gdy ją pogrzebiesz wy wszyscy za nią pójdziecie. Wyprzedaj wszystko, byście przeżyli i do kraju powrócili. Lecz módlcie się, życia wasze polecam Bogu….

To był jego testament (…) Mamusia powiedziała, że wszyscy mają podpisać sowieckie obywatelstwo, a ponieważ nikt nie podpisuje, więc wszystkich Polaków mają sądzić. Wszyscy, którzy przyjmą sowieckie obywatelstwo dostaną pracę. Tego kto nie przyjmie zatrzymują.

– Pewnie będziesz musiała zaopiekować się dziećmi. Bo mnie też trzeba iść albo po paszport, albo do więzienia. Wezmę sowieckie obywatelstwo, to nam wszystkim droga do kraju zamknięta na zawsze. Enkawudzista mówił, że kto nie podpisze obywatelstwa sowieckiego ten jest wrogiem, a wrogów trzeba zamknąć w więzieniu, bo to czas wojenny.

(…) Moja mama siedziała tylko dwa tygodnie w więzieniu. Tego dnia, w którym mieli ją osądzić, wzięłam Stasia i Janię i poszliśmy na widzenie do więzienia. (…) Gdy mama zbliżyła się do bramy ja wepchnęłam do środka Stasia z Janią. Dzieciaki objęły mamę każde ze swej strony, a ja celowo zaczęłam mówić po rosyjsku

– Mamo choczesz sidiet w tiurmie zabiraj ich z saboj, ja nie imieju cziem ich kormit, a skoro i Dietdoma toże nie budiet…

I sama odeszłam od bramy, nie czekając na jej reakcję, bo dławiły mnie łzy. (…) W jakiejś dwie godziny po tym zajściu – patrzę idzie mamusia z Janią i Stasiem. Dzieciaki zadowolone, bo są z mamusią.  Ale mamcia gdy zbliżyłam się do niej, ze łzami w oczach łamiącym się głosem rzekła:

– Przez ciebie, już wśród tych Kałmuków przyjdzie nam do końca życia się męczyć. Bo do Polski droga przed nami zamknięta.

 

Stanisław Stykowski: urodzony w 1934 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Ostrów – gmina Kupiczów, powiat Kowel, województwo wołyńskie.

Świadectwo szkolne Stanisława Stykowskiego ze szkoły w Czułakkurganie

 

(…) Po długim podróżowaniu znaleźliśmy się w Turkiestanie. Tu w Turkiestanie przesiedliśmy się na kolej wąskotorową i zawieźli nas do Sergo – małej stacyjki położonej w górach Karatau oddalonej od Aczysaju około pięć kilometrów. Wówczas o znajdującej się tam kopalni ołowiu nic nie wiedzieliśmy. Tu nas wyładowano i tak pod gołym niebem trwaliśmy w oczekiwaniu na podwody z poszczególnych kołchozów. (…) Kiedy wszyscy pracowali, a ja byłem sam w lepiance – często brałem sznurek i kietmenę i chodziłem w step kopać dżusan (nieduże krzaczaste krzewinki, kwitnące wiosną, podobne do naszego bożego drzewka) albo zbierałem kiziaki – wyschnięte odchody zwierząt. Dżusan i te kiziaki były używane do palenia pod piecem. Od naszej lepianki trzeba było przejść jakiś kilometr żeby znaleźć dobry dżusan. Gdy już nakopałem dżusanu – obwiązałem sznurkiem tę wiązkę, zrobiłem w wiązce ramiączka  i założyłem na plecy jak zakłada się plecak. Wiązka była spora, sięgała mi aż do łydek. (…)Jesienią pewnego dnia Jania i ja oraz dzieci od Lechów wybraliśmy się do sterty wymłóconej słomy, oddalonej od kołchozu o około półtora kilometra. Spod sterty z plew wydmuchiwaliśmy ziarenka pszenicy. Czasem jak powiał wiaterek, to szybciej wydmuchiwało się te ziarenka. Jania miała mały woreczek na kilogram-półtora ziarna, Ja miałem na sobie stare paltko z przepastnymi kieszeniami, w których można było zmieścić sporo pszenicy. Woreczek mieliśmy prawie pełny i ja jedną kieszeń też. Jania chciała już iść, ale ja uprosiłem żeby zostać i nazbierać do drugiej kieszeni. Wtedy będziemy mieli jedzenia na parę dni. Jania zgodziła się. W pewnym momencie nadjechał Kazach na koniu, którego myśmy z początku nie zauważyli, bo każdy był zajęty wydmuchiwaniem ziaren. Pozabierał nam te woreczki i wygonił nas od tej sterty do kołchozu. Zostało tylko to, co miałem w kieszeni płaszczyka. Potem jak wybieraliśmy się na sterty, to zawsze jedna osoba pilnowała. Jeśli ktoś się pojawił na horyzoncie, to chowaliśmy się albo uciekaliśmy. Ta pszenica w mojej kieszeni, której nie zauważył Kazach – po zmieleniu na żarnach starczyła nam na dwa dni pożywienia dla czterech osób. (…)Tu przypomina mi się historia tego Kazacha, naszego  sąsiada. Miał on dużego, wypasionego psa. Pani Dominiakowa i mamusia podstępnie zwabiły kiedyś tego psa do pierwszego pomieszczenia, gdzie nie było okna i tam go zabiły czy udusiły. Tego nie wiem, bo byłem w sierocińcu, a jak wieczorem przyszedłem – to było już po wszystkim. Mamusia dała mi smacznej zupy z mięsem – najadłem się. Dopiero wtedy powiedziała, że trzeba zakopać skórę z tego psa. Było już ciemno, zawinąłem skórę w worek, wziąłem małą łopatkę, którą mieliśmy i poszedłem ją zakopać. Za naszymi lepiankami miasto kończyło się, rosła trzcina w kępkach o drobnych, cienkich łodygach, z których robiłem szydełka i druty do robienia swetrów, skarpet i chust. Odszedłem na jakieś sto-sto pięćdziesiąt metrów od lepianki i pod kępą trzciny wykopałem niewielki dołek zakopując skórę z psa. A że było ciemno – może niezbyt dokładnie  ją przysypałem, bo zwierzęta wyciągnęły ją stamtąd. Po kilku dniach Kazach znalazł tę skórę, a że od kilku dni jego psa nie było – poznał, że to skóra z jego psa. Domyślił się, że to mogliśmy zrobić my. Zrobił przeszukanie naszej lepianki, ale niczego nie znalazł. Mięsa nie było, a kości na bieżąco po zjedzeniu wynosiłem na cmentarz, przez który codziennie szedłem do sierocińca. Tak że nic nie znalazł z mięsa, jedynie tylko trochę smalcu psiego. Zapytał z czego ten smalec, a mama skłamała, mówiąc mu, że to z czoszki to znaczy po kazachsku – ze świni. On tylko wzdrygnął się z obrzydzeniem. Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, a on był przecież muzułmaninem. (…)Wieźliśmy portret pana Janiszewskiego bez ramki i matki Boskiej z Lourdes. Chcieli nam to zabrać, ale mama nie dała. Pan Janiszewski na portrecie wyglądał jak Piłsudski. Celnik mówi że ,,eto Piłsudski”, a mama mówi, że to portret muża (męża) i święty obraz – tego nie odda, A że portret był męża sąsiadki z Ostrowa – to nie skłamała. Z niechęcią, ale celnik oddał, choć straszył Sybirem. Nie pamiętam, czy mama, czy pani Maciejczakowa zapytała jego, czy był w życiu na Sybirze? Bo myśmy byli i niech nas Sybirem nie straszy.

 

Stefan Krupiński: urodzony w 1933 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Marianówka – gmina Silno, powiat Łuck, województwo wołyńskie.

(…) Kołchoz Kursaj położony był w stepie. Z jednej jego tylko strony znajdowało się kilka innych kołchozów, między innymi Kyzyłkol, gdzie mieścił się nasz sielsowiet (gmina); rozciągało się też duże jezioro, obok którego było maleńkie słone jeziorko, gdzie szarą sól czerpało się z bardzo zagęszczonej wody. Były też wysokie, strome góry. W inną stronę rozciągał się bezludny step, przez który wiło się koryto suchej rzeki. Do miasteczka Czułakkurgan w którym znajdowały się niektóre urzędy suzakskiego rejonu było czterdzieści kilometrów. (…) Wczesną wiosną 1942 roku udało się nam Polakom załatwić w sielsowiecie w Kyzyłkolu w miejscowej kazachskiej szkole salkę dla polskich dzieci. Było nas kilkanaścioro. Od tej pory schodziliśmy się tam z kilku kołchozów i zbieraliśmy się w naszej polskiej szkole. Od naszego kołchozu do szkoły było kilka kilometrów. Chodziliśmy razem, ścieżką na skróty przez step. Nasza pani rozsadzała nas po kątach w zależności od wieku i stopnia zaawansowania. Osobno pierwszoklasiści, osobno klasa druga i trzecia, osobno klasy wyższe. Każda grupka otrzymywała inne zadanie. Do pisania służyły marginesy strzępków  ,,Prawdy”. Taki margines mógł służyć do kilkukrotnego zapisu. Ścierało się kawałeczkiem gumy ze zniszczonej  podeszwy buta i znowu można było pisać na tym samym miejscu. (…) Nie jest straszne umieranie, gdy życie jest już tylko mordęgą. Gdy żyć już dłużej nie można. Wtedy śmierć może być wyzwoleniem dla siebie i innych. Strasznie głośno jak pamiętam na Syberii umierał jakiś człowiek: wszystkich wyzywał: i swoich i obcych. Każdy chyłkiem przemykał obok uchylonych drzwi barakowej klitki. I on i inni czekali tylko końca. Inaczej umierała moja babcia Marianna i mój braciszek Ignaś tu w kazachstańskim stepie w 1942 roku. Nie cierpieli bólu. Umierali z głodu. Babcia miała coraz bledszą cerę, coraz ciszej mówiła, coraz wolniej przebierała palcami paciorki różańca modląc się za nas wszystkich, bo niczym innym  pomóc  nie mogła. Aż  jej palce zatrzymały się na którymś  paciorku. Ignaś ledwie dociągnął do trzeciego roku życia. Po drodze przeszedł wszystkie choroby dziecięce. Przestawał już mówić, przestawał chodzić, coraz rzadziej na jego twarzy można było złapać moment bladego uśmiechu. Zgasła w nim słabo tląca się iskierka życia. Po tych wszystkich zmarłych wtedy tam nie ma tam dzisiaj najmniejszego śladu. Niechaj więc zachowają się w naszych  wspomnieniach. (…) Po żniwach chodziłem z mamą do stogów słomy, żeby w plewach znaleźć jeszcze ziarenka pszenicy. Oczywiście było to niedozwolone. Uważaliśmy, czy nie pojawia się na koniu kierownik kołchozu albo brygadzista. Z powtórnego przesiewania plew można było wydobyć trochę ziarna. Pszenicę można było jeść prażoną albo zemleć na żarnach i ugotować kaszę. Zdarzało się, że ktoś z kierownictwa kołchozu nas przyłapał. Srożył się, krzyczał, że nie wolno, klął po kazachsku strzelał z bicza ale nie przypominam sobie żeby uderzył. Pewnego razu znaleźliśmy przy stogu prawdziwy skarb. W przysypanym ziemią dołku było prawie piętnaście kilogramów pszenicy. Ktoś widocznie sobie przygotował. I zapomniał albo umarł. Mieliśmy na jakiś czas czym się żywić. Tyle nawiać w plewach było bardzo trudno. (…) W Kursaju Polaków już nie było. I my przenieśliśmy się do Czułakkurganu. Wiosną 1943 roku masowo umierali Polacy. Z głodu, wycieńczenia. Polaków zmuszano do podpisywania obywatelstwa radzieckiego. Ojca wyczerpanego do nieprzytomności zawlekliśmy z mamą do szpitala. Do szpitala jego  nie przyjęto.

– On nie ma temperatury, jemu potrzeba chleba, mięsa, tłuszczu i on będzie zdrów – stwierdził lekarz.

Po kilkunastu godzinach ojciec zmarł. Ale obywatelstwa sowieckiego nie podpisał. Ojciec był z tego powodu bardzo nękany. Nim przyjechaliśmy do Czułakkurganu musiał przemierzać pieszo prawie czterdzieści kilometrów co tydzień i meldować się w siedzibie NKWD. Oczekiwali od niego postanowienia o przyjęciu obywatelstwa. (…) W tych ciężkich czasach zdarzali się ludzie bardzo życiowo zaradni, a przy tym jeszcze życzliwi. Taka była pani Menichowa. Mieszkała w kibitce na przedmieściu. Wielu z nas Polaków na swoim etapie tułaczki znalazło u niej i nocleg i coś do jedzenia. Niektórzy nawet mówili, że to taki Polski Czerwony Krzyż. Nad kotłem u niej zawsze unosił się obłok pary, zawsze w nim coś się  gotowało. I nikt nie pytał z czego to mięso: z psa, konia, kota czy osła. Czy z ubitego zwierzęcia czy to po prostu padlina. Najważniejsze, żeby zaspokoić głód. Pewnego razu obudziłem się o świcie i nie mogąc usnąć z głodu poszedłem na dwór w poszukiwaniu jedzenia. Zajrzałem na śmietnik bo tam rosła młoda lebioda. Po chwili dołączył do mnie jakiś kolega. Rześkie powietrze kłuło nozdrza, na horyzoncie wschodziło ogromne, czerwone słońce. Na dróżce ukazała się pani Menichowa. Wracała do domu z polowania. Na postronku ciągnęła za sobą ogromnego, spasionego psa. Pies instynktownie czując co go czeka, zapierał się jak tylko mógł czterema łapami. A za nim szedł synek pani Menichowej – Edek, może dziesięcioletni i poganiał kijem upierające się zwierzę. Pójdzie pies do kotła żeby ratować Polaków. (…)

Kazimierz Krupiński: urodzony w 1937 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Marianówka – gmina Silno, powiat Łuck, województwo wołyńskie.

(…) Naszej rodzinie szczęśliwie udało się dojechać do Kazachstanu jesienią 1941 roku. Osiedleni zostaliśmy w kołchozie Kursaj, rejon Czułakkurgan w południowo-wschodnim Kazachstanie. Przebywaliśmy tam do wiosny 1943 roku. (…) Pamiętam, że nieopodal nas mieszkał stary Kazach Abadaj, który bardzo mnie polubił i bardzo często do nas przychodził i brał mnie do swego mieszkania (jurty). Byłem z tego zadowolony, ponieważ towarzyszyłem mu przy czyszczeniu strzelby. Jeździłem na jego osiołku. Kiedy go nie odwiedzałem to gniewał się na moich rodziców. (…) Przypomina mi się też scena, kiedy siadałem ojcu na kolanach, a on przez nieduże okienko naszej lepianki pokazywał mi, że te widoczne na stepie ogniki, to stado wilków szukających żeru. Wyły one bardzo głośno, co budziło we mnie grozę. Podchodziły one pod same domostwa. Bardzo często zagryzały owce ze stada trzymanego w obejściach. (…) Okres pobytu w kołchozie Kursaj, od późnej jesieni 1941roku do wiosny 1943 roku w pamięci mojej zostawił jeszcze bardziej tragiczne obrazy. Całkiem możliwe że nigdy o nich nie zapomnę. Trudno pominąć milczeniem takie smutne i tragiczne momenty jak śmierć bliskich: babci i brata w 1942 roku, potem ojca w 1943 roku. Babcia chorowała i wkrótce zmarła. Okoliczności jej śmierci nie pamiętam i nie wiem w jakich okolicznościach umarła. W tym samym mniej więcej czasie zmarł też mój młodszy dwuipółletni brat Ignaś. I mimo, że miał dwa i pól roku – nie chodził jeszcze. Wynikało to z przebytych chorób, trudnych warunków klimatycznych, a przede wszystkim z głodu. Po śmierci Ignasia, spałem obok nieboszczyka na pryczy. Dorośli uważali, że jako w tym momencie najmłodszy nie rozumiem grozy sytuacji. Zresztą nie było innej możliwości. A ja wszystko rozumiałem, w końcu dzieci w tych ciężkich warunkach dorośleli szybciej. (…) Przedstawione obrazy jakie utkwiły w mojej pamięci nie są traumatyczne, gdyż nie zamierzam użalać się nad swoim losem. (…)Wiosną 1943 roku zmarł ojciec. Złożyło się na to wiele przyczyn. Najważniejszą wydaje mi się była uporczywa  odmowa ojca w sprawie przyjęcia obywatelstwa sowieckiego. W związku z czym, co pewien okres czasu musiał meldować się w rejonie w Czułakkurganie odległym kilkadziesiąt kilometrów od kołchozu, gdzie przebywaliśmy. Tam namawiano go a także zmuszano i zastraszano, aby podpisał, że jest obywatelem Związku Sowieckiego. Odległość tę musiał pokonywać pieszo. Teren był pustynny. Nie było tam żadnych dróg ani siedlisk ludzkich. Wędrówki te były bardzo wyczerpujące. (…) Po śmierci ojca, mama aby zachować mnie i braci przy życiu, oddała nas do rosyjskiego domu dziecka w Czułakkurganie. Było to małe rejonowe miasteczko w południowym Kazachstanie bardzo blisko najwyższych w ZSRR gór Tien-Szan. Odległość od kołchozu Kursaj do tego miasteczka wynosiła kilkadziesiąt kilometrów. Cała nasza rodzina musiała tę odległość pokonać pieszo przez pustynię Kyzyłkum. Ja miałem wtedy ukończone sześć lat i pokonałem tę odległość pieszo. (…) Z pobytu w domu dziecka w Czułakkurganie utkwiła mi najbardziej w pamięci scena, w której najstarszy z naszej trójki braci Stefan dzielił garść pszenicy, którą miał w kieszeni. Najpierw każdy otrzymał po pięć ziarenek, później po cztery i kiedy na końcu pozostało jedno ziarno, to ja jako najmłodszy je otrzymałem. Była też z nami przez cały okres pobytu w domach dziecka kuzynka Władzia, córka ojca brata – Jana. Była ona najstarsza z nas. W rosyjskim domu dziecka warunki życia były tragiczne. Śmiertelność była bardzo wysoka. Dzieci chorowały na różne choroby. Szczególnie dała się we znaki dyzenteria zwana powszechnie czerwonką oraz gruźlica. No i przeklęty głód. Pamiętam, jak na łące zbieraliśmy komosę-lebiodę i jedliśmy surową. Jedliśmy też i inne zielska, których nazw już nie pamiętam. Głodowały tak samo dzieci rosyjskie jak polskie, z tym że śmiertelność wśród Rosjan mogła być niższa, gdyż oni byli bardziej do tych warunków przyzwyczajeni.Głód był tak powszechny, że nawet sekretarz rejonowy partii przychodził na posiłki do stołówki tego sierocińca. Nie wiem czy dostawał to samo co my ale fakt, że i dygnitarze partyjni też mieli problemy z wyżywieniem. O żadnej opiece lekarskiej w tym sierocińcu nie słyszałem ani nie widziałem.

Edmund Frydryk: urodzony w 1929 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Polska Wola – gmina Otynia, powiat Tłumacz, województwo stanisławowskie.

Edmund Frydryk przed szkołą FZO; tu oznaczony numerem 13

(…) Załadowaliśmy się znów do wagonów, którymi dojechaliśmy na początek do Turkiestanu. Stąd kolejką wąskotorową dotarliśmy do stacyjki Sergo koło Aczysaju. Niektórzy z naszej rodziny jeszcze nie wiedzieli, że za kilka lat los znowu nas rzuci powrotem na to miejsce i tylko dzięki temu przeżyjemy i wrócimy do kraju Po całodobowej podróży dotarliśmy do kołchozu Karabułak – suzakski rejon, województwo południowo-kazachstańskie. (…) Wiosna 1943 roku była dla nas bardzo ciężka. Urodził się nam brat Stanisław, który zaraz niedługo po kilku miesiącach umarł z głodu. Pochowaliśmy go na kazachskim cmentarzu bez trumny. (…) Cierpieliśmy tu straszny głód. Zdarzyło się, że przez kilka dni żywiliśmy się mięsem z padłego konia. Nożem, który przed odejściem do wojska zostawił nam ojciec razem z bratem wykroiliśmy kawałek mięsa z tylnej łopatki, gotowaliśmy i tym żywiliśmy się przez kilka dni. Jednak Kazachowie zauważyli tę padlinę i szybko ją sprzątnęli. Wtedy zaczęliśmy z bratem polować na psy, koty i jeże. Ich mięsem żywiliśmy się przez jakiś czas. (…) Dowiedzieliśmy się że w górniczej miejscowości Aczysaj jest szkoła zakładowa FZO (fabricznyj zawod obuczenia), do której przyjmowano młodzież po skończeniu szesnastego roku życia. W tym czasie ja nie miałem tylu lat – byłem młodszy. Jednak postanowiłem dostać się do tej szkoły. Dosyć już miałem głodu, ciężkiej pracy, wszy i chorób w domu dziecka. Wybrałem się do tej szkoły wraz ze Staszkiem Gałką i Antonim Maciejczakiem. Staszek Gałka miał już ukończone szesnaście lat, ale Antek Maciejczak był młodszy ode mnie aż o jeden rok. Dyrektor szkoły Konstantin Nadieżdin nie bardzo chciał nas dwóch przyjąć ze względu na wiek. My w trójkę ubłagaliśmy dyrektora na kolanach, obiecując, że będziemy solidnie się uczyć i potem pracować, on zgodził się. Więc w roku 1944 zostałem uczniem FZO. (…) Kiedy mama już trochę się zadomowiła na nowym miejscu – postanowiliśmy ściągnąć tu i brata z domu dziecka. Mama poprosiła znajomego Kazacha z Czułakkurganu, który zajmował się przewozem towarów do Sergo i z powrotem żeby przywiózł brata. Ta podróż dla mojego brata była bardzo ciężkim przeżyciem. Jak potem opowiadał – cały czas myślał, że Kazach jego zabije. Siedział więc w dużym napięciu z tyłu ze swoim węzełkiem – w każdej chwili gotowy do ucieczki. Kiedy dojechali na przełęcz Kazach postanowił odpocząć. Zaczął jeść, chciał też poczęstować brata, ale on odmówił. Bał się, że kiedy wyciągnie rękę – Kazach ją schwyci i zrobi mu krzywdę. Jak się okazało – bał się niepotrzebnie. Szczęśliwie dojechali do Sergo, a tam oczekiwała już mama i nasza kuzynka. (…) Szkoła do której uczęszczałem przygotowywała nas do pracy w kopalni oraz innych przedsiębiorstwach zagłębia karagandyjskiego. Oprócz przedmiotów zawodowych przygotowywano nas do służby wojskowej. Zajmował się tym starszy lejtnant wojenny inwalida bez ręki. Często nam powtarzał, że jeżeli wojna nie skończy się do 1946 roku – wszyscy pójdziemy na front. Na szczęście dla nas wojna skończyła się już maju 1945 roku, zanim my ukończyliśmy naukę w tej szkole i o naszej wojnie mogliśmy zapomnieć. W szkole otrzymywaliśmy posiłek trzy razy dziennie, umundurowanie i zakwaterowanie, spaliśmy na łóżkach, a nie na glinianej podłodze. Mieliśmy dużo lepiej niż normalni robotnicy. Dzięki tej szkole przeżyłem zesłanie w Kazachstanie. (…) W 1946 roku kiedy pracowałem jako hydraulik w Akżarze przywieźli jeńców japońskich, bardzo wyniszczonych. Od czasu do czasu spotykałem ich w pracy albo jak szli pod strażą do pracy. Zapamiętałem jednego z nich. On umówił się ze mną na wymianę jego zegarka na mój chleb. Oni bardzo głodowali umierali też z powodu licznych chorób. Mieliśmy dokonać wymiany w następnym dniu, ale on nie pojawił się. Potem już więcej jego nie widziałem. Widocznie śmierć przyszła szybciej. Nie zdążył. Dzięki tej szkole i pracy naszemu przebywaniu my przeżyliśmy zesłanie i chociaż w niepełnym składzie, ale jednak wróciliśmy do Polski w 1946 roku. (…)

 

Witold Stępień: urodzony w 1929 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Osada Krechowiecka – gmina Aleksandrja, powiat Równe, województwo wołyńskie.

Zbigniew Stępień przed szkołą FZO; trzeci lub zwarty w ostatnim rzędzie od lewej strony.

(…) Przełęcz. Poszliśmy dalej. Na zacienionej stronie drogi czekały na nas niespodzianki: lód i ślizgawica, na której wywracaliśmy się. W końcu z wysokości góry zobaczyliśmy domy: niespotykane w Kazachstanie piętrowe bloki – to był Akżar. Zauważyliśmy ludzi wspinających się po krętych dróżkach i niosących w siatkach zrobionych ze sznurka chleb. Tak – chleb, którego myśmy nie widzieli od pół roku. (…) To była kopalnia – nasza nadzieja na chleb, jak u Londona nadzieją było złoto w Klondike. (…) Potem zaprowadzili nas do stołówki, podali zupę – kapuśniak i kawałek chleba. Jedliśmy łapczywie. Kobiety w kuchni patrzyły na nas i obcierały łzy. Widocznie zauważyły, że jesteśmy głodni. (…) Kupiliśmy prezenty, bochenek chleba, winogron, zapakowaliśmy w siatki, ubraliśmy swoje wojskowe bluzy i ruszyliśmy boso do Czułakkurganu. Buty mieliśmy wykorzystać do czegoś innego. Szliśmy nocą, baliśmy się spotkać ze złodziejami, całą drogę wpatrywaliśmy się i wsłuchiwaliśmy się w ciemność. Noc była ciemna, widoczne były tylko na tle nieba telefoniczne słupy. Dwukrotnie kładliśmy się na ziemię, żeby nas nie zauważono. Raniutko byliśmy w Czułakkurganie. (…) Wszedłem do lepianki (…) i zobaczyłem mamę, twarz miała wychudzoną i jakby czarną. W ręku trzymałem chleb, chciałem żeby mnie z tym chlebem zobaczyła. Chciałem jej powiedzieć, że przyszedłem na dwa dni i opowiedzieć jak żyję w Aczysaju. Mama przebudziła się, przywitałem się z nią, pokazałem siatkę z chlebem i powiedziałem, że żyję i jestem zdrowy. Przebudziła się też Danusia. Pokazałem węzełek z rzeczami do wymiany na jedzenie – to mogło uratować przed głodem. Powiedziałem, że pracuję pod ziemią w kopalni. (…)  Czesław Banach spotkał mnie i powiedział:

– Jutro na moście będzie czekać na ciebie mama. Wyruszyła z Czułakkurganu. Kupiłem chleb i chlebem w reku czekałem na mamę. Czekam. Mamy nie ma. Zacząłem się niepokoić, do głowy przychodzą różne myśli. Nie mam zegarka, patrzę na słońce. Tak stałem do syreny – pora do pracy. Po drodze przyszło mi do głowy, może chodzi o most w Akżarze? Następnego dnia idę tam. Zobaczyłem moją mamę. (…) Nie wiedziała gdzie ma mnie szukać, a sił już brakowało. (…) Pewnego razu (…) przyszła moja siostra Danusia. Była zmęczona, głodna, ledwie stała na nogach. Stała przy moście trzymając się balustrady. (…) Widocznie tak już było sądzone naszej rodzinie, że samotnie: ojcu do więzienia, mnie do kopalni, mamie do mnie, a siostrze do nas, by razem żyć. (…) Po kilku tygodniach przyszła decyzja: chłopcy będą mieszkać w baraku czterdzieści dziewięć w sali na dwadzieścia osób. Powód był następujący: w sali było już piętnastu Koreańczyków i oni nie godzili się przyjąć innych obcych. W wyniku rozmów zgodzili się przyjąć tylko Polaków. Gdy się zjawiliśmy – przyjęli nas bardzo ciepło. Koreańczycy to byli bardzo porywczy chłopcy, nazywali ich Kim (i coś tam, coś tam). Powiedzieli nam:

– Was prześladują na zachodzie, nas na wschodzie. Musimy sobie wzajemnie pomagać i zaufać.

Innych nienawidzili i nie ufali im.

(…) Wieczorem przyszedł do mnie Sasza Kim Don Cek, wyprowadził mnie na ulicę i mówi:

– Ty wyjeżdżasz ze Związku Sowieckiego, tam gdzie jedziesz ludzie żyją inaczej, nic o naszym piekle nie wiedzą. Powiedz tam w swoim kraju jak tu u nas żyją ludzie. (…) tylko mów prawdę! Tylko prawda nas uratuje. Ludzie zbiorą się i rozniosą to wszystko. Proszę ciebie, przecież my jesteśmy przyjaciółmi.

(…) Rozpoczął się wiec. Były wystąpienia w języku rosyjskim i kazachskim. Po polsku nie było. Mówiło się, że jedziemy budować socjalizm i komunizm pod przewodnictwem towarzysza Stalina i partii komunistycznej. O Polsce ani słowa – zacząłem powątpiewać, czy rzeczywiście wracamy do Polski? (…)

(…) Dość długo jechaliśmy przez Taszkient, Czymkient żeby ostatecznie przyjechać do Turkiestanu. (…) Było to już w jużno-kazachstańskiej obłasti. Tam nas przeładowali na wąskotorówkę i zawieźli do stacji Siergo oddalonej od Turkiestanu o siedemdziesiąt kilometrów. Tam kończyło się torowisko. Stamtąd było jeszcze tylko połączenie z kopalnią rudy ołowiu w Aczysaju. Tam nasze rzeczy – wszystko co kto miał – załadowali na wielbłądy – na ich grzbiety. One szły bardzo powoli i nam polecono iść pieszo. Cała karawana poruszała się naprzód w nieznanym kierunku. Ja wtedy chorowałem na czerwonkę, nie za bardzo mogłem iść. Wtedy jeden z Kazachów wziął mnie i posadził na wielbłąda. W ten sposób kolumna pieszych pozostała w tyle, a ja na wielbłądzie przyjechałem wcześniej od pozostałych do nieznajomej wsi. Tam Kazachowie zaczęli ze sobą rozmawiać, ale ja nie wiedziałem o czym oni rozmawiają. Ich mowa była dla mnie w ogóle niezrozumiałą. Ciemniało. Odprowadzili swoje wielbłądy do stajni. Jeden nich podszedł do mnie i zaczął mnie dotykać i obmacywać po głowie. Myślałem że chcą mnie zabić. Jeden z nich chwycił mnie dwoma palcami za sweter i poprowadził do swojego domu. (…) Byłem tam chyba ze dwie godziny. Ta lepianka była położona tuż obok traktu, po którym jechała ta kolumna złożona z naszych ze stacji Sergo. Usłyszałem rozmowy po polsku i domyśliłem się, że już przyjechali, a w niej była moja rodzina. Przez ten czas pobytu w lepiance miałem świadomość, że oni chcą mnie zamordować. Szykowałem się do ucieczki. Swoje rzeczy miałem przygotowane do zabrania, żeby w odpowiednim momencie szybko je zabrać i uciekać. (…) Gdy posłyszałem polską mowę to długo nie namyślając się zerwałem się, odzież wziąłem na rękę, i chociaż to był styczeń – wziąłem buty w dłoń i zacząłem boso uciekać. W tym momencie przebudził się gospodarz i widząc że uciekam zaczął mnie gonić. Widocznie myślał, że mu coś ukradłem. Szybko wpadłem do kolumny, znalazłem rodzinę  i zobaczyłem matkę, starszą siostrę – ucieszyłem się. Kazach dogonił do mnie, ale zobaczył, że niczego mu nie ukradłem, odwrócił się i poszedł do domu. Taką miałem przygodę.(…) Ja też pracowałem przy podsypywaniu krzaków bawełny. Musiałem pracować, bo inaczej niczego nie dostałbym i nie byłoby co jeść. (…)To był kołchoz Stalin; było tam może z piętnaście dwu-trzy rodzinnych lepianek. (…) W związku z pracą miałem takie zdarzenie: każdy pracownik dostawał worek i otrzymywał normę żeby przynieść około sześćdziesiąt cztery kilogramy ziemi. Byłem słabszy od innych dorosłych z powodu wieku i nie mogłem tyle udźwignąć. Dwóch Kazachów nadzorujących nas przymykało na to oko, ale jeden gdy zobaczył, że za mało niosę – wysypał ziemię, uderzył mnie workiem i kazał iść do domu. Do domu nie mogłem iść, bo nie dostałbym swojego przydziału żywności i byłbym głodny. W tym momencie przejeżdżała tamtędy na koniu jakaś kobieta. Kazach  zabrał mi worek i uderzył szuflą. Zacząłem płakać. Ona trochę mówiła po rosyjsku i zapytała o co chodzi. Powiedziałem jej przyczynę zajścia. Wtedy ona zaczęła krzyczeć na tego Kazacha i uderzyła go szpicrutą do poganiania konia. Skutek tego zajścia był taki, że potem ile bym nie wziął tej ziemi na siebie, to on już nie miał do mnie żadnych pretensji. (…) Pod koniec lutego przyjechało do nas dwóch cywili i spisali wszystkich Polaków zdolnych do noszenia broni. Do wojska nie brali wtedy przymusowo; ochotnicy winni zgłaszać się do wyznaczonych punktów werbunkowych. Wtedy kto mógł i miał w czym iść to szedł i mógł zabrać ze sobą młodszych członków rodziny. Ci rejestrujący nie ograniczali bowiem poboru do wojska tylko do głowy rodziny. Ojciec chciał zabrać mnie ze sobą, ale mieliśmy tylko te dwie pary butów na sześcioosobową rodzinę. Gdybym poszedł do wojska z ojcem, to wyrwałbym się z tego piekła, ale matka i siostry pozbawione butów umarły by z głodu. Mógłbym znaleźć się gdzieś na zachodzie, ale musiałem zostać. (…)

Stanisław Gałka: urodzony w 1928 roku; deportowany wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Kościuszków – gmina Połonka, powiat Łuck, województwo wołyńskie.

Stanisław Gałka jako uczeń FZO (w środku) z kolegami; tu w stroju wyjściowym.

 

(…) Rosjanie proponowali Polakom pracę przy budowie kanału na pustyni Karakum, ale oni nie wyrazili zgody i wrócili do Turkiestanu, a stamtąd kolejką wąskotorową do miasta Aczysaj. Z Aczysaju na wielbłądach przez góry Karatau skierowaliśmy się do kołchozu Bałdysu. Tam dali nam lepiankę. W kołchozie brakowało rąk do pracy i moja rodzina cieszyła się tam dużym szacunkiem, bo byliśmy pracowici (…) W 1942 roku był nowy pobór do wojska i wtedy mój brat i kuzyn wstąpili do polskiej armii Andersa. Ja wtedy zachorowałem na szkorbut i żeby ratować zęby postanowiłem bezzwłocznie pojechać na dachu wagonu do miasta za lekarstwami.(…) w 1943 Związek Sowiecki zerwał porozumienie z rządem polskim na emigracji w Londynie. Zaczęła się druga pasportizacja Polaków. Tych z dorosłych, którzy nie chcieli przyjąć sowieckiego obywatelstwa – aresztowano i sądzono. Mojego ojca i mamę aresztowali. Zacząłem ich szukać. Po dwóch dniach mama wróciła do kołchozu; puścili ją bo miała małe dzieci. Ojciec i siostra Zofia zostali w więzieniu. Mama z dziećmi opuściła kołchoz i znalazła mieszkanie u pani Werowej. (…) dzieci oddała do domu dziecka. Warunki życia w domu dziecka były bardzo ciężkie. Jedzenie – to polewka  z sojowej mąki na wodzie i kromka chleba. W miasteczku wybuchła epidemia tyfusu. Zachorowała mama, ja i siostra. Mama Maria umarła. Chowała ją pani Werowa, ale potem zapomniała w jakim miejscu na cmentarzu jest jej grób. Nie mogłem jej tego wybaczyć. Po epidemii tyfusu mnie i Edmunda Frydryka dyrektorka przyjęła do pracy w ogrodzie warzywnym przy domu dziecka. To nieznacznie wzbogaciło nasz jadłospis: piekliśmy ziarno kukurydzy przeznaczone do wysiewu. Czasem udało się złapać żółwia albo jeża, żeby upiec w ognisku. Ich smak mięsa zapamiętałem do dzisiaj – było bardzo smaczne. Mieliśmy nadzieję, że doczekamy czasów, kiedy dojrzeją arbuzy i melony, które uprawialiśmy, ale nie doczekaliśmy się. Posłali nas do innej pracy. Byliśmy rozczarowani, bo przecież to my troszczyliśmy się o to by te owoce rosły i chcieliśmy spróbować, gdy dojrzeją. Ale nie udało się. Wymyśliliśmy żeby potajemnie uciec z tego domu dziecka i znaleźć miejsce, gdzie będzie nam lepiej. Ale i to nam się nie udało. Ktoś opowiedział dyrektorce o naszych planach. Dyrektorka żeby nas zatrzymać w domu dziecka zabrała nasze ubrania. Ale to nas nie powstrzymało. W kalesonach i boso przeszliśmy trzydzieści kilometrów przez step. Nad ranem z pokaleczonymi nogami przyszliśmy do szkoły FZO w Aczysaju. Byliśmy tak zmęczeni, że tuż obok budynku zasnęliśmy. Obudził nas mężczyzna. Okazało się, że był to dyrektor szkoły. Zapytał nas o wiek i przyjął do szkoły-internatu. W tym czasie tam było około sto pięćdziesiąt osób różnej narodowości. Uczniowie byli rozdzieleni na grupy męską i żeńską. Dziewczęta uczyły się zawodu operatora i maszynistki, chłopcy – tokarza, elektryka, ślusarza. (…) W 1945 roku po skończeniu szkoły zacząłem pracować na stanowisku samodzielnego elektryka. W stołówce karmili skromnie. Kiedyś byłem taki głodny, że umyślnie wyłączyłem światło w stołówce. Kucharka zadzwoniła po mnie i poprosiła żeby naprawić światło. Powiedziałem:

– Dobrze, ale na początek daj mi zupy

Kucharka moją prośbą spełniła.(…) postanowiłem uciekać do Turkiestanu. O swoim planie porozmawiałem z brygadzistą. Poszedłem do baraku, umyłem się, ciepło ubrałem poszedłem na stację kolejową. Bez dowodu nie mogłem kupić biletu, dlatego siadłem na dach wagonu i tak dojechałem do Turkiestanu. Tam znalazłem ojca, który po odsiedzeniu dwóch lat więzienia został zwolniony. (…)

 

Razem z tą pracą zaprezentowano także inne wydawnictwo – wspomnienia Polki Wandy Isańskiej pod tytułem ,, Moje lata w kazachskim stepie. Wspomnienia polskiego zesłańca” – pod redakcją profesora Mambeta Kojgeldijewa, ze słowem wstępnym docent Zabiry Myrzatajewej. Pracę, która także powstała w ramach wspomnianego programu ,,Historia i kultura Wielkiego Stepu”.

Moje lata w kazachskim stepie. Wspomnienia polskiego zesłańca”

O ile w przypadku wcześniej omówionej pracy czytelnik mógł zapoznać się jedynie z fragmentami wspomnień poszczególnych autorów – to w tym przypadku może się zapoznać ze szczegółowym zapisem zdarzeń z pobytu w Kazachstanie, rok po roku widzianym oczyma dziewczyny od szesnastego roku życia, kiedy autorka tam przyjechała – do dwudziestego roku życia, kiedy stamtąd wyjeżdżała. Tam na ponad stu siedemdziesięciu stronach widać doskonale cały tragizm polskiej rodziny z Wołynia, jednej z tysięcy podobnych rodzin, która dzień po dniu przechodziła przez piekło będące wynikiem deportacji w 1940 roku. Jest to wycinek ze wspomnień autorki obejmujący cały okres deportacji z lutego 1940 roku – od momentu wyjazdu z rodzinnego domu na Wołyniu, poprzez pobyt w obwodzie archangielskim, potem wyjazd na południe Związku Sowieckiego z nadzieją na wyrwanie się z tego nieprzyjaznego kraju i ostatecznie pozostanie w Kazachstanie oraz pierwsze lata po powrocie do kraju. Z tych wspomnień zatytułowanych ,, W bagiennych sidłach syberyjskiej tajgi i w szerokim kazachstańskim stepie” – historycy wspomnianego Centrum z oczywistych względów wykorzystali tylko fragment poświęcony pobytowi rodziny w Kazachstanie nadając od siebie temu fragmentowi tytuł ,,Moje lata w kazachstańskim stepie. Wspomnienia polskiego zesłańca”. W tym miejscu godzi się przywołać krótki fragment ze wstępu docent Zabiry Myrzatajewej odnoszący się do czasów stalinowskich, tak chętnie wysławianych dzisiaj w niektórych kręgach współczesnej Rosji.

(…) Cmentarze były jednoznacznym dowodem przestępstw radzieckiej władzy. Z tej przyczyny władza niszczyła je równając z ziemią. Takie przykłady miały miejsce także w rejonie turkiestańskim. W piśmie skierowanym 21 stycznia 1960 roku do majora Czergiejki – komendanta milicji w Kentau pod gryfem ,,ściśle tajne” było: ,,Zgodnie z nakazem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej numer 14 artykuł 5-2150 z szesnastego lipca 1950 roku – zlikwidować i zrównać z ziemią wszystkie mogiły i wszelkie znaki w miejscach pochowania:

1)jednego pozostającego z dziewięciu cmentarzy przy kopalni Mirgalimsaj; 2) jednego pozostającego z ośmiu cmentarzy w osadzie Kantagi; 3)jednego pozostającego z dwudziestu jeden cmentarzy w osadzie Aczysaj.

Jednak naród kazachski potrafił pilnować pamięć o zmarłych i jeszcze teraz odkrywane są zachowane z tamtych czasów cmentarze, które Kazachowie strzegli wbrew oficjalnym nakazom władzy. (…)

Gryf ,,ściśle tajne” podpowiada, kto na tych cmentarzach był pochowany i dlaczego te mogiły przeszkadzały władzy do tego stopnia. Stalin już od siedmiu lat przewracał się w grobie, ale jego duch we władzy żył nadal. To z jednej strony. A z drugiej strony zwykły Kazach, w dodatku człowiek innej wiary, którego władza często próbowała złamać lub zadawała ból – stawał na straży pamięci o człowieku, uważając słusznie, że to też część historii jego ziemi.

 

docent Zabira Myrzatajewa, Uniwersytet Pedagogiczny im. Abaja w Ałmaty

 

Jako autor tego opracowania, ale także jako syn autorki wspomnień nie mogę w tym miejscu nie wyrazić swojej wdzięczności dla docent Zabiry Myrzatajewej za przyczynienie się do wydania wspomnień Wandy Isańskiej w Kazachstanie. Wiem że jest to dzieło wspólne szerszego kręgu ludzi w Ałmaty znanych mi z nazwiska i imienia oraz bezimiennych, ale akurat ją uważam za dobrego ducha, dzięki któremu wspomnienia te ujrzały światło dzienne w Kazachstanie. Pani Zabira Myrzatajewa przesłała zdjęcia z cmentarza w Czułakkurganie gdzie pochowany jest ojciec i siostra autorki wspomnień, także współczesne zdjęcia z Aczysaju, gdzie autorka pracowała, a także lokalizację miejsca po byłej kolonii karnej w Kantagach, gdzie zmarła matka autorki. Podjęła także trud dotarcia do jakichkolwiek dokumentów potwierdzających pobyt rodziny w Kazachstanie, ale tych albo tam nie ma, albo są jeszcze niedostępne. Za te wszystkie działania należą się jej ode mnie szczególne słowa wdzięczności.

 

Wspomnienia te są tak samo tragiczne i przejmujące w swej treści jak fragmenty wspomnień przytoczone wcześniej. Polacy zostali rzuceni do kraju, w którym władza powtarzała nieustannie ludziom, że buduje im raj na ziemi. Autorka na własne oczy widziała ten raj budowany na krwi, kościach, cierpieniach i łzach niewinnych ludzi. Ze względu na uniwersalny charakter treści oddający w pełni osobiste rozterki tych, których los rzucił w tak tragicznych okolicznościach do Związku Sowieckiego godny jest przytoczenia fragment z rozdziału pod tytułem ,, Zakończenie”.

 

Wanda Isańska z domu Głuchowska: urodzona w 1926 roku; deportowana wraz z rodziną 10 lutego 1940 roku z miejscowości Bożów – gmina Skobełka, powiat Horochów, województwo wołyńskie.

 

Zaświadczenie o pracy w domu dziecka w Czułakkurganie wystawione na nazwisko Wanda Gluchowska

(…) przeżyłam to wszystko tylko dlatego, żeby później móc napisać prawdę o bólu i cierpieniach moich bliskich i innych Polaków, którzy trafili do tej maszyny niszczącej życie człowieka. Ucieczkę przed głodem i śmiercią. Zabijanie kotów i psów ratujących nam życie, kopanie grobów bliskim i ich pogrzeby. Śmierć bliskich i dzieci, brak szacunku dla śmierci i ludzkiego życia w Związku Sowieckim. Że ciało zmarłego można wyrzucić po drodze w śnieg, albo zostawić w stepie.(…) Na zesłaniu trzeba było sobie radzić. Zawsze być o krok przed śmiercią, która czekała w zasadzce. Nie można było w żadnym momencie przestać wierzyć w to, że da się przeżyć. Kto poddawał się w tej walce – przegrywał i szybko umierał w samotności, a jego szczątki doczesne zostały rozciągnięte w stepie przez wilki albo psy. Chciałoby się napisać coś o tamtejszej przyrodzie, ale w obliczu czyhającej zewsząd śmierci, która czyhała wszędzie, gdy życie było tak kruche, każdy z nas cieszył się z kolejnego przeżytego dnia nie patrząc na otaczający świat. Bardzo późno zaczęłam pisać te wspomnienia. Czuję, że to był ostatni moment żeby nie stracić w pamięci tego wszystkiego co zapamiętałam.  Wcześniej bałam się pisać, bo nasze władze zabroniły nam na długie lata o tej części naszej historii także mówić. My byliśmy niebezpieczni dla polsko-sowieckiej przyjaźni. Prawda mogła tą przyjaźń zabić… Ten strach przed tym, że znowu ktoś zastuka w drzwi i zabierze w nieznane był tak ogromny, że jeszcze dzisiaj niektórzy boją się o tym rozmawiać. Nasi polscy obrońcy polsko-sowieckiej przyjaźni, którzy uczyli się od sowieckiego NKWD mieli tak samo jak ich nauczyciele długie ręce, dobry słuch i otwarte oczy. Także moim synom zaczęłam opowiadać o tej tragedii dopiero wtedy, kiedy byli na tyle dorośli, że wiedzieli już co można powiedzieć i w jakim towarzystwie. Mnie do dziś prześladuje świst parowozu. Nawet jeśli słyszę go w telewizorze wydaje się, że on daleko ode mnie, a on całkiem blisko. Ten dźwięk siedzi we mnie głęboko, znowu wracają te czasy, o których chciałoby się zapomnieć, ale to niemożliwe. Jeszcze. I obawiam się, że to zostanie ze mną do końca mojego podróżowania po tym ziemskim padole. I nic w tym dziwnego, skoro w towarowym wagonie spędziłam prawie cztery miesiące swojego życia. Także samo niezwykła troska o to, żeby w domu zawsze było dużo jedzenia. Chleba, masła, mięsa, kartofli – wszystkiego. Moja rodzina nazywa tę moją zapobiegliwość głupotą, ja troską, a lekarze syndromem obozowym, na który cierpią prawie wszyscy, którzy byli w obozie koncentracyjnym albo na zesłaniu, gdzie największym marzeniem każdego było najeść się do syta przed śmiercią. Chociaż tych postnych ziemniaków. Zdarza się, że wychodząc z domu zabieram ze sobą kawałek chleba. Prawie zawsze tak na wszelki wypadek. Mogę prędzej zapomnieć grzebienia – chleba prawie nigdy. Żeby zawsze być gotową, kiedy znowu będziemy ładować się do towarowych wagonów. Już prawie pięćdziesiąt lat po wojnie, a u mnie mimo wszystko wciąż takie myśli. Wybaczcie. (…)

To że w dalekim Kazachstanie ukazały się wspomnienia polskiego wygnańca to także zasługa Centrum Ustnej Historii. To jednocześnie dowód na to, że osoby te potrafią uczciwie i prawidłowo ocenić tragedię polskich obywateli na ich ziemi. Kazachowie razem z Polakami, którzy tam się znaleźli żyli w określonym systemie politycznym, który nie szczędził łez, krwi i bólu i jednym i drugim. Różnica była tylko taka, że oni cierpieli u siebie – Polacy na obczyźnie.

 

Wszystkie wymienione w tekście tytuły książkowe zostały wydane bardzo starannie, w twardej okładce. Językiem głównym jest oczywiście język kazachski, ale wspomnienia Polaków zamieszczono w języku rosyjskim.

Centrum Ustnej historii rekomenduje te wydawnictwa przede wszystkim dla uczonych-historyków, dla wykładowców, uczniów, studentów a także dla szerokiego kręgu czytelników interesujących się historią Kazachstanu. Z pewnością w sposób znaczący poszerzą one wiedzę zainteresowanych dotyczącą sowieckiego Kazachstanu i wpłyną pozytywnie na tożsamość narodową Kazachów.

Należałoby z właściwym szacunkiem i wdzięcznością odnieść się do wszystkich osób mających swój udział w powstaniu tych prac – zarówno tych znanych mi z nazwiska i imienia – ale także tych bezimiennych, którzy przyczynili się do udokumentowania w Kazachstanie chociaż tego fragmentu polskiego śladu. Te książki to jakby pomnik poświęcony Polakom, tylko wystawiony piórem.

 

Opracowanie: Tadeusz Isański; zdjęcia i kopie dokumentów ze zbioru Centrum Ustnej Historii w Ałmata oraz zbiorów rodzinnych; wycinek mapy z wojskowej mapy topograficznej armii ZSRR

Walka o życie – Syberia lata 1940–1946

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Styczeń 14th, 2018

Wybuch II wojny światowej zastał mnie jako ośmioletniego chłopca, który w tym dniu miał rozpocząć naukę w III klasie Szkoły Powszechnej w miejscowości Krasne, powiat Młodeczno, województwo wileńskie. Mój ojciec pracował jako leśniczy, matka zaś jako nauczycielka matematyki w Szkole Powszechnej. Miałem dwóch braci, starszy Konrad, urodzony 3 marca 1930 r. i młodszy Leszek, urodzony 1 kwietnia 1939 r.

17 września 1939 r., po wkroczeniu wojsk sowieckich na wschodnie tereny Rzeczypospolitej, mój ojciec, były piłsudczyk, bojąc się o swoje życie, zmuszony był do ucieczki z miejsca stałego zamieszkania i wraz z Konradem wyjechał do miejscowości Lida, gdzie mieszkała moja babcia.

W pierwszej dekadzie lutego 1940 r. miały miejsce masowe wywózki ludności polskiej w głąb ZSSR na Syberię. Mama, słysząc o wywozie Polaków w głąb Rosji oraz przeczuwając, że nas to też może spotkać, starała się przygotować do ewentualnej ucieczki. Zeszła z nami do piwnicy, gdzie we wrześniu 1939 r. wspólnie z ojcem zakopali biżuterię i pamiątki rodowe. Wtedy właśnie usłyszeliśmy mocne kołatanie do drzwi. Okazało się, że to Konrad przybiegł ze stacji kolejowej i oznajmił, że uciekł z transportu, którym wraz z ojcem i babcią byli wiezieni na Sybir. Wykorzystując postój pociągu pod semaforem na stacji Krasne, ojciec zaryzykował, przepchnął Konrada przez małe okienko wagonu towarowego i za pomocą powiązanych ręczników opuścił go na ziemię. To, że strażnicy konwoju tego nie zauważyli i go nie zabili, to cud. Ucieczka nasza była jednak spóźniona, gdyż tej samej nocy, 14 lutego około godz. 3 wyrwał mnie ze snu łomot do drzwi. Przyszli po nas. Wpadło do domu dwóch NKWD-zistów i dwóch Białorusinów, których mama dobrze znała, bo uczyła w szkole ich dzieci. Oznajmili nam, że figurujemy na liście rodzin podlegających deportacji w głąb Rosji. Tę wiadomość mama przyjęła z kompletną rezygnacją. Osuwając się na krzesło, powiedziała: „Nigdzie nie pojadę. Możecie nas nawet pozabijać”. I tak siedziała bez ruchu w dziwnym letargu. Bo i cóż mogła zrobić samotna kobieta z trojgiem dzieci? Białorusini założyli nam ciepłe ubrania, spakowali w toboły pościel, żywność, dodatkową ciepłą odzież, dokumenty. Ubrali też mamę.

Posadzili nas na konne sanie i powieźli 15 km do Młodeczna na rampę, gdzie był podstawiony skład wagonów towarowych. Zrozpaczone rodziny polskie ładowano wśród wyzwisk i ponagleń. Zobaczyliśmy bydlęce wagony z pryczami, piecem żeliwnym pośrodku i dziurą w podłodze, która służyła nam później jako sanitariat. Ściany wagonów były gęsto oblepione zamarzniętym kałem bydlęcym. Na drewnianych pryczach, które były siedliskiem wszelkiego robactwa, leżeli obok siebie zesłańcy. Po kilku godzinach skład, około 50 zaryglowanych wagonów towarowych, ruszył na wschód. Na „nieludzką ziemię”. Na Sybir. W wagonie, w którym jechaliśmy, było około 50 osób. W czasie podróży dwie osoby zmarły. Ich losu, o mały włos, nie podzielił mój mały braciszek Leszek, gdyż w nocy ten 10-miesięczny zesłaniec wygramolił się z wózeczka i raczkując w stronę gorącego pieca, niechybnie spadłby na rozżarzony blat. Cudem złapał go, na wystające poza obręb pryczy nogi, śpiący obok nas pan Heretyński. Ocalił mu życie. Nigdy nie zapomnę rozpaczliwego krzyku mamy, która na słowa pana Heretyńskiego: „Pani Popławska! Dziecko!!!” rzuciła się do stojącego obok pustego wózka.

Po ponad trzytygodniowej tułaczce o głodzie i chłodzie eszelon skazańców dotarł do stacji Kwitok w tajszeckim powiecie, województwo irkuckie, gdzie nas wyładowano i pogoniono w tajgę do łagru Udacznyj. Tam nie byliśmy pierwszymi mieszkańcami. W zawszonych i zapluskwionych drewnianych barakach, cierpiąc z powodu potwornego zimna i głodu, w wiecznym brudzie, walcząc z epidemiami tyfusu, szkorbutu, biegunkami, zmuszani do katorżniczej pracy, wiedliśmy życie zesłańca Sybiru, walcząc każdego dnia o nasze młode życie.

Po tzw. amnestii (układ Sikorski–Majski zawarty w dniu 30 lipca 1941 r.) staliśmy się sojusznikami Rosji w walce z Niemcami. Dzięki korespondencji z rodziną odnaleźliśmy się z ojcem, który prowadził żywot zesłańca Sybiru w województwie nowosybirskim.

26 lutego 1942 r. opuściliśmy nasze miejsce zesłania, pozostawiając za sobą setki grobów tych, którzy nie wytrzymali katorgi upodlenia, odchodząc na wieczny odpoczynek, w tym ponad 35% to dzieci do lat 12.

Początkowo planowaliśmy dostać się pod opiekę formującej się Armii Andersa, lecz w czasie jazdy ja i mój starszy brat Konrad zachorowaliśmy na tyfus i zostaliśmy zabrani do szpitala zakaźnego w Saratowie. Rodzice z młodszym bratem zatrzymali się w miejscowości Samojłówka i oczekiwali na nas. Nasz pobyt w szpitalu od 13 kwietnia do 25 maja 1942 r. przekreślił plan związany z Armią Andersa i zmuszeni byliśmy pozostać w Samojłówce, gdzie 1 listopada 1942 r. urodziła się nam siostra Barbara.

Po odkryciu grobów katyńskich, 26 kwietnia 1943 r. zostały zerwane stosunki dyplomatyczne między ZSSR a Polską i znowu staliśmy się elementem niepewnym, wręcz wrogim.

W maju 1943 r. aresztowano naszego ojca i osadzono go w więzieniu w Bałaszowie. Zwolniono go po ośmiu miesiącach.

Był koniec lata 1943 r., trwała okrutna wojna, panował wielki głód, zaczęliśmy puchnąć z niedożywienia. Mama z czwórką nieletnich dzieci była w skrajnej rozpaczy, widząc, jak powoli umieramy z głodu. Nic nie miała do jedzenia oprócz 300 gram chleba otrzymywanego na kartki, pokrzywy, lebiody, kory. Zrozpaczona mama dowiedziała się z codziennej gazety, że powstał Związek Patriotów Polskich, który organizuje w Zagorsku pod Moskwą dom dla polskich dzieci. Nasza dzielna matka zdecydowała się na wysłanie do Moskwy dwójki starszych synów – Konrada i mnie, by uchronić nas i resztę rodzeństwa od śmierci głodowej. Nasz wyjazd był nielegalny, ale dawał nadzieję, że uzyskane w ten sposób dodatkowe 600 gram chleba uratuje resztę rodziny. Około 10 września 1943 r. pożegnaliśmy się z mamą, Leszkiem i Basią, wsiedliśmy do żołnierskiego transportu, ukrywając się przed licznymi kontrolami NKWD. Jechaliśmy na północny-zachód, do Moskwy.

Niestety w miejscowości Tambów zostaliśmy złapani przez patrol NKWD i zaprowadzeni do aresztu dla nieletnich. Szliśmy po peronie, gdzie miejscowi kołchoźnicy wymieniali z wojskiem swoje towary, takie jak tabakę, pestki słonecznika, owoce na chleb i konserwy. Na bazarze byliśmy świadkami zamieszania. Młode złodziejaszki, w naszym wieku, okradły sprzedających. Konwój nasz, widząc, co się dzieje, pognał za szajką rabusiów. Korzystając z okazji uciekliśmy. Młodociana grupa rabusiów to dzieci, przeważnie sieroty wojenne. Żeby żyć, organizowali się w szajki po kilka osób. Przystąpiliśmy do nich. Jednak naszym celem był Zagorsk i po parodniowym pobycie nowi koledzy odprowadzili nas na stację, przekupili maszynistę parowozu i konduktora, co pozwoliło nam w miarę bezpiecznie dojechać do Moskwy na Dworzec Białoruski. Tam czekały nas nowe przykre rozczarowania, gdyż po naszym przybyciu do „Kompoldzietu” kierownik Stanisław Skrzeszewski oznajmił nam, że w Zagorsku dom jest dopiero w stadium organizacji, w dodatku przeznaczony dla polskich sierot, a my przecież mamy rodziców. Napisał nam komandirowki i kazał już legalnie wracać. Słysząc to, rozpłakałem się, twierdząc, że nie po to jechaliśmy prawie miesiąc, ryzykując życie i w okropnych warunkach, by teraz wracać. Pan Skrzeszewski dał się ubłagać i zostaliśmy tymczasowo umieszczeni w rosyjskim domu dziecka do chwili otwarcia wymarzonego przez nas polskiego Domu Dziecka w Zagorsku. Po prawie miesięcznym pobycie w rosyjskim domu dziecka, na początku listopada 1943 r. przybyliśmy do Zagorska.

Zagorsk to małe miasteczko, położone 70 km na północny wschód od Moskwy, słynące z założonego w 1340 r. monasteru, który po pożarach i przebudowach w XV w. stał się sercem prawosławia jako Troicko-Siergijewski Sobór w miejscowości Siergijew. W 1930 r., aby zatrzeć wszelkie ślady religijnego kultu, nazwę miejscowości zmieniono na Zagorsk. W 1992 r. ponownie przywrócono historyczną nazwę Siergijew Posad.

O tym, jak ważny dla prawosławia był ten niezwykły zespół architektoniczny, świadczą odbywające się tam chrzty carów rosyjskich oraz pochówki (m.in. cara Borysa Godunowa z rodziną).

Dom Dziecka Polskiego stał na wzgórzu naprzeciwko soboru, w którym była łaźnia (bania), gdzie co tydzień chodziliśmy do kąpieli. Dom był obszernym, piętrowym budynkiem, na górze znajdowały się sypialnie, sanitariaty, umywalnie.

Na dole były pokoje do odrabiania lekcji i duża sala, gdzie rano i wieczorem śpiewaliśmy „Rotę”, występowaliśmy na akademiach z okazji przyjeżdżających członków delegacji państwowych, którzy byli zapraszani, by zobaczyć, jak żyją i uczą się dzieci polskie w chwili, gdy naród radziecki zmaga się z nawałą hitlerowską.

Oczywiście był to dom elitarny dla propagandy. Częstymi gośćmi byli Wanda Wasilewska, Zygmunt Berling, Oscar Lange, byli przedstawiciele z Polski: Bolesław Bierut , Spychalski i inni.

W szkole rosyjskiej były wydzielone odrębne sale dla dzieci polskich, w których uczyli nas polscy nauczyciele i wychowawcy. Wykonywaliśmy również wszelkiego rodzaju prace porządkowe, sprzątanie poszczególnych sal, stołówki, przygotowywanie drewna na opał, sprzątanie otoczenia lub prace polowe na przydzielonym nam polu w historycznej miejscowości Dywilino.

Dzieci, którym udało się dostać się do tego Domu Dziecka, wygrały wielki los, wygrały los życia. Takim dzieckiem byłem ja, pozostawiwszy za sobą cały koszmarny okres walki o przetrwanie, o życie.

W Zagorsku znaleźliśmy opiekę, polską mowę, polskich wychowawców i nauczycieli, a przede wszystkim polską szkołę. Mieliśmy bardzo bogate życie kulturalno-oświatowe. Tworzyliśmy zespoły artystyczne, taneczne, czytaliśmy polskie książki, słuchaliśmy pogadanek o ojczystym kraju, za którym tak bardzo tęskniliśmy. Niestety, takich jak my, wybrańców losu, było tylko około 130, gdy tymczasem dziesiątki tysięcy polskich dzieci nadal umierały z głodu, zimna i katorżniczej pracy.

W marcu 1946 r. marzenie o powrocie do kraju spełniło się. 18 marca 1946 r. po uroczystym pożegnaniu w Moskwie na Dworcu Białoruskim wyjechaliśmy do Polski.

Mirosław Popławski

Dwa zdjęcia – jedna opowieść

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Styczeń 19th, 2017

Spotkały się, a właściwie wpadły na siebie z impetem, w czwartkowe popołudnie 26 kwietnia 2016 r., obie miały przy sobie fotografię tego samego mężczyzny w średnim wieku. Dwa identyczne zdjęcia; na każdym z nich Bronisław Schmidt – Sybirak. „Skąd ma Pani zdjęcie mojego ojca?!” – zapytała młodsza. „Dał mi je na Syberii 65 lat temu!” – odpowiedziała starsza z kobiet. „Znamy się tyle lat, a Pani mówi mi o tym dopiero teraz?!”

Wokół gwar, trwa właśnie spotkanie Sybiraków – swobodne rozmowy przy kawie po oficjalnym zebraniu, a one milkną przejęte zdziwieniem. Właśnie historia zatoczyła koło.

Genowefa, córka Jana

Ma 74 lata, włosy w odcieniu siwego blondu, pogodną twarz i takie ciepło w oczach, że można ogrzać własne smutki w jej spojrzeniu. W 1950 r., kiedy miała osiem lat, wywieziono ich z Trzciańca (powiat Mościska) na Syberię – za kułactwo. Trafili tam całą rodziną: rodzice, Genia z siostrą i babcia – staruszka. Ojciec uporczywie odmawiał wstąpienia do kołchozu, tacy jak on byli reakcyjnymi wrogami panującego ustroju.

„Pani Jagodo, mam przy sobie zdjęcie nieznanego polskiego zesłańca, które przywiozłam z Syberii do Polski ponad 60 lat temu. Proszę o tej historii napisać, proszę napisać o tym człowieku! Obiecałam mu pamięć!” – zachęca mnie z nutą goryczy w głosie pani Genowefa.

Dzieciństwo na zesłaniu w Krasnojarskim Kraju jest dla niej rozdzierającym serce wspomnieniem. Lata tułaczki i głodu… Pamięta tamtego wychudzonego polskiego zesłańca niedaleko chakaskiego sowchozu i jego zaskakującą prośbę: „Zabierz dziewczynko tę fotografię, nie wiem, czy dane mi będzie wrócić do Polski. Zabierz przynajmniej moje zdjęcie…”.

Był upalny lipcowy dzień 1951 r., rodzice od rana ciężko pracowali: mama w ogrodzonym drutami sadzie, a ojciec w sowchozie. Za sowchozem była budowa, na której pracowali więźniowie pilnowani przez uzbrojonych żołnierzy. Jeden z więźniów cichutko podszedł do ogrodzenia, myślała że poprosi ją o chleb. Nie miała chleba, a on poprosił – z udręką w oczach – by przyszła w to samo miejsce na drugi dzień, o tej samej porze. Dziwna prośba, ale odważyła się ją spełnić. Wtedy dał jej swoje zdjęcie. „Zabierz dziewczynko tę fotografię, nie wiem, czy dane mi będzie wrócić do Polski. Zabierz przynajmniej moje zdjęcie…”.

Jak potoczyło się jego życie, czy miał tyle szczęścia, co jej bliscy i wrócił do kraju? Zastanawiała się nad jego losem przez bez mała 60 lat… Wiedziała tylko, że nazywał się Bronisław Schmidt. Zostawił jej na odwrocie fotografii dedykację: „Na Pamiątkę Małej Geni – Schmidt Bronisław R/1951/7/8 Proszę zachować”.

Tosia, córka Bronisława

Urodziła się w Czernogorsku. Jej ojciec po II wojnie światowej, pracownik Korpusu Ochrony Pogranicza, został aresztowany w 1946 r. i na mocy wyroku z art. 54-10 „a” Kodeksu Karnego Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej skazany na pobyt w specjalnym obozie pracy na Syberii w rejonie Czernogorska. Jako więzień pracował m.in. przy budowie; tak jak ojciec Genowefy był ofiarą totalitarnej ideologii, w której pojedyncze ludzkie życie było epizodem. Postanowił, że – jak Opatrzność pozwoli – zostawi po sobie przynajmniej zdjęcie, kruchy ślad jego życia na dalekiej Syberii. Myślał o śmierci, ale zamiast niej przyszła… miłość i nowe życie!

Miał 45 lat, kiedy w Czernogorsku urodziła mu się córka Antonina, nazywana Tosią. Jej matką była Eugenia Brendler – więźniarka polityczna również deportowana na Syberię. Mężem Eugenii i ojcem Tosi był Bronisław Schmidt (1907–1982).

Fotografia ojca – ta z Czernogorska – którą przywiózł ze sobą z zesłania, jest dla Antoniny jak relikwia, jak młodszy braciszek, który zmarł na Syberii, ale przecież żyje w jej pamięci! Tosia – córka zesłańców, to delikatna kobieta o młodzieńczej duszy. Ma teraz 64 lata.

Dwie historie – jedno zdjęcie

Od lat 90. Antonina przychodzi na spotkania lokalnego Oddziału Związku Sybiraków w Bielsku-Białej. Przeczytała prawie wszystkie książki na temat deportacji, nie pamięta chakaskiego sowchozu, ale odtwarza w pamięci dramatyczne wspomnienia rodziców. Jej ojciec nie żyje od 34 lat. Genowefa – Sybiraczka o pogodnym spojrzeniu, to jej koleżanka. Bywało, że siedziały nawet obok siebie na zebraniach Sybiraków. Tylko tyle; nie miały pojęcia o wspólnej przeszłości. Genia była tą dziewczynką, która przywiozła do Polski zdjęcie jej ojca. Rodziny mieszkały po powrocie do kraju w tym samym mieście, może nawet Bronisław mijał Genię na jednej z ulic ich nowego życia… Ona nie kryje zdumienia, że córką Bronisława Schmidta jest właśnie Antonina!

Nie ma przypadków, Bronisław Schmidt po 65 latach upomniał się o swoje zdjęcie! Pisał przecież w jednej ze swoich pieśni starożytny poeta Horacy „Non omnis moriar” – nie wszystek umrę…

Szanowni Sybiracy! Każde Wasze wspomnienie otwiera szerzej okno historii i kształtuje pamięć następnych pokoleń.

Pamiątkowe zdjęcia

Pamiątkowe zdjęcia, z lewej fotografia Bronisława Schmidta wręczona na Syberii

Antonina Schmidt i Genowefa Kucharczyk z redaktorem Stanisławem Gackiem

Antonina Schmidt (pierwsza z lewej) i Genowefa Kucharczyk (z domu Żak) z redaktorem Kroniki Beskidzkiej Stanisławem Gackiem, foto. jap

Antonia Schmidt (z lewej) z Genowefą Kucharczyk

Antonia Schmidt (z lewej) z Genowefą Kucharczyk (z domu Żak), 2016 r., foto. jap

Oprac.: Jagoda Podolak

Wspomnienie o Halinie Olszewskiej

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Marzec 18th, 2016

Można odejść na zawsze,
by stale być blisko…

Jan Twardowski

Halina Olszewska

Inicjatorką utworzenia Oddziału Związku Sybiraków w Białymstoku była Halina Olszewska. Pierwsze spotkanie zainteresowanych odbyło się 13 stycznia 1989 r. w sali Domu Nauczyciela przy ul. Warszawskiej w Białymstoku. Niespodziewanie dla organizatorów na spotkanie przyszło ponad tysiąc osób.

 „Ja doskonale wiem, że zostaliśmy skaleczeni na całe życie przez sowieckich oprawców. Kiedy człowiek zostanie tak mocno zraniony, niewinnie i bezprawnie, staje się zamknięty w sobie, ostrożny i nieufny w stosunku do wszystkich i wszystkiego. Polega jedynie na sobie, hamuje się i odsuwa od siebie nawet to, co jest prawnie dostępne. I z ciągłym lękiem przed jutrem. Takie cechy charakteru, wryte głęboko są już nie do naprawienia i czasami krzywdzą bliskich. Jest to po prostu nieuleczalne kalectwo. A może się mylę?”pisze Halina w swojej książce „Moja droga ciernista”.

*

Halina Irena Olszewska z domu Szrodecka urodziła się w 1929 r. w Kożanach koło Strabli, „…na pagórku niewielkim we brzozowym gaju stał dwór szlachecki z drzewa, lecz podmurowany; świeciły się z daleka pobielane ściany…”.

Była córką Jerzego Szrodeckiego (właściciela majątku Kożany) i Ireny z Wyrzykowskich. Spokojne ziemiańskie życie zakłócił wybuch II wojny światowej, a wkroczenie Sowietów do Polski spowodowało wiele tragicznych zdarzeń w młodziutkim życiu Haliny. Wkrótce władza sowiecka aresztowała ojca, który, jakby przewidując przyszłe losy córki, powiedział do niej na pożegnanie: „Bądź dzielna!” i pocałował ją w czoło. Tak, to był rozkaz polskiego oficera…

I nadszedł 13 kwietnia 1940 r. Tragiczna noc. Halina wraz siostrą Melanią Janiną, babcią Leokadią Wyrzykowską i matką Ireną jako zesłańcy w wagonie towarowym podążają na Sybir. Osiedlono je w Kazachstanie, w czkałowskim rejonie, w miejscowości Zielony Gaj, w szczerym stepie bez jakiejkolwiek roślinności. Pierwszym miejscem ich zamieszkania była znaleziona ziemianka. Nieco później zakwaterowały się w bani (łaźni) razem z siedmioosobową polską rodziną, w strasznej ciasnocie. Zaczęła się walka o przetrwanie dzielnych kobiet. Trzeba było ciężko pracować, aby mieć cokolwiek do zjedzenia, i zdobywać opał na ugotowanie posiłku; znosić niemiłosierną dokuczliwość wszelkich insektów; wykonywać prace ponad kobiece, a właściwie dziewczęce siły…

26 sierpnia 1940 r. umiera matka; zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Miała zaledwie 32 lata. Została pochowana na kołchozowym cmentarzu, a w jej grobie córki zakopały buteleczkę z kartką, na której były dane zmarłej.

Halina nagle musiała wydorośleć i wziąć na siebie odpowiedzialność za siostrę i babcię. Za wszelką cenę starała się być dzielna, jak nakazał ojciec. Wiosną 1946 r. dziewczyny wraz z babcią powróciły do Polski, ale nie do ukochanych Kożan. Ojcowizna była zajęta przez obcych ludzi. Trzeba było wszystko zaczynać od no nowa.

Z wielką determinacją Halina zdobyła ekonomiczne wykształcenie i przez niemal całe swoje życie zawodowe pracowała w białostockiej oświacie.

Ciężko chory ojciec z obozu w Kozielsku trafił do Krasnowodzka, a stamtąd na noszach został wniesiony na statek transportowy, odpływający do Iranu. Z Armią Andersa przybył na zachód i zamieszkał w Anglii. Nigdy już Polski nie odwiedził. Zmarł w 1966 r., pochowano go na cmentarzu pod Londynem. Halina wielokrotnie odwiedzała ojca, przemycając stamtąd książki z tzw. drugiego obiegu. Jej mieszkanie przy ul. Waszyngtona było ostoją patriotyzmu – tu wszystkim chętnym, a zwłaszcza nam, Sybirakom, udostępniała przywiezione zakazane pozycje; tu w jej mieszkaniu toczyły się rozmowy o zesłaniach na Sybir, zanim jeszcze narodził się Związek Sybiraków. Już wtedy jednoczyła wokół siebie podobnie myślących.

Przez całe życie Halina była odważną, dzielną, wyjątkowo zdyscyplinowaną, bardzo wymagającą w stosunku do siebie i do tych, z którymi współpracowała, a jednocześnie bardzo życzliwą i towarzyską osobą. Zawsze elegancka, z dumnie podniesioną głową. Była dla nas wielkim autorytetem, zawsze mieliśmy dla niej ogromny szacunek, podziw i wdzięczność.

Wieczór 13 stycznia 1989 r., kiedy to zorganizowała pierwsze spotkanie Sybiraków po latach, Halina przeżyła bardzo głęboko emocjonalnie. Niespodziewanie na spotkanie przyszło ponad tysiąc osób. Stało się coś wielkiego! Czuła, że pełni misję wyjątkową. Była dumna z siebie, szczęśliwa, ale w jej oczach dało się zauważyć łzy. Z wielkim zaangażowaniem natychmiast rozpoczęła organizowanie społeczności sybirackiej w Białymstoku. Swoją aktywnością wprost zadziwiała wszystkich; mobilizowała do działania tych, którzy po latach milczenia mogli nareszcie przyznać się do swoich prawdziwych życiorysów, związanych z zesłaniem na Sybir. To z jej inicjatywy została powołana 22-osobowa grupa założycielska, w której i ja miałam zaszczyt się znaleźć. I wreszcie, uchwałą z dnia 31 marca 1989 r. Zarząd Główny powołał Wojewódzki Oddział Związku Sybiraków w Białymstoku. Wkrótce miało miejsce Walne Zgromadzenie Białostockich Sybiraków, wybór Zarządu Oddziału i Komisji Rewizyjnej.

Halina pełniła funkcję przewodniczącej Komisji Rewizyjnej, była potem jej członkiem; do końca swojego życia interesowała się sprawami Związku Sybiraków. Na naszych spotkaniach zawsze była cenionym gościem, niekwestionowanym autorytetem w środowisku sybirackim.

Zmarła 26 września 2009 r.; pochowana została na cmentarzu w Dojlidach obok swojego męża Stanisława.

Halinko, my, Sybiracy, często wspominamy Ciebie, zwłaszcza podczas naszych spotkań – z największym szacunkiem i wdzięcznością; jesteśmy dumni z Ciebie… Dziękujemy za patriotyczne spotkania w Twoim domu jeszcze za czasów tamtej Polski, gdy dzieliłaś się z nami lekturą przywiezioną z Londynu. Tak wiele Tobie, Halinko, zawdzięczamy!

Oprac.: Janina Rutkowska

Wspólnota pamięci

Dodane przez: Beata Żyłkowska - Luty 10th, 2016

Wiaczesław Masalcew to historyk, dyrektor liceum w miejscowości Objaczewo na południu Republiki Komi (Federacja Rosyjska). W swej pracy z rosyjską młodzieżą wiele czasu poświęcił zagadnieniu stalinowskiego terroru, którego namacalnym przejawem była ogromna fala zesłanych w lasy Komi mieszkańców wsi sprzeciwiających się kolektywizacji lub po prostu uznanych za wrogów władzy bolszewickiej. W efekcie kułackiej zsyłki liczba ludności tych dalekich północnych ziem zwiększyła się wielokrotnie. Rozmawiając ze starymi mieszkańcami rejonu priłużskiego w Komi, Masalcew zwrócił uwagę na powtarzający się wątek polskich zesłańców, którzy nie byli przygotowani na trudne warunki pogodowe (częste zimą czterdziestostopniowe mrozy) i życiowe – prymitywne warunki bytowe, ciężka praca, brak narzędzi, brak dostępu do pomocy medycznej. Od badaczy związanych z Fundacją „Pokajanie” dowiedział się o deportacjach Polaków w latach 1940–1941. Nowy temat wciągnął go i z czasem w pełni mu się poświęcił, przekazując młodemu pokoleniu wiedzę o polskiej karcie w historii Komi. Polaków umieszczano w tzw. osadach kułackich lub na całkiem dziewiczych terenach, z dala od miejscowej ludności, choć podczas etapów lokowano ich często w wiejskich domach. Mieszkańcy nie byli szczęśliwi z powodu nieproszonych gości, jednak Polacy pozostali na długo w ich pamięci. Ułatwiło to poszukiwania porzuconych w tajdze polskich osad i przyległych do nich cmentarzy.

         W 2007 r. Masalcew zorganizował pierwszą wyprawę młodzieży szkolnej z Lietki (priłużskij rejon) do tajgi w poszukiwaniu polskich miejsc pamięci. W jej trakcie trafił na grób Kazimierza Gargulińskiego (1869–1940), obok którego było widocznych kilkanaście innych mogił. Przez chwilę wahał się przed zdjęciem z krzyża na mogile drewnianej tabliczki z napisem w języku polskim: „Tu spoczywa Garguliński Kazimierz 1869–1940”. Zdecydował się jednak ocalić przed nieuchronnym działaniem czasu ten polski ślad. Na cmentarzu uczestnicy wyprawy postawili brzozowy krzyż, a teren, jak zawsze, ogrodzili taśmą.

          Minęło osiem lat. W czerwcu 2015 r. Roman Garguliński, prawnuk Kazimierza Gargulińskiego, organizując uroczystość rodzinną w Wierzbięcinie (woj. zachodniopomorskie), z ciekawości wpisał w wyszukiwarkę Google imię i nazwisko pradziadka. Pojawiły się cztery wpisy. Jako pierwszą otworzył zapisaną cyrylicą informację Wirtualnego Muzeum Gułagu, prowadzonego przez Centrum Naukowo-Informacyjne „Memoriał” w Sankt Petersburgu. Na fotografiach Roman ujrzał mogiłę pradziadka i stojącego przy niej postawnego mężczyznę w sile wieku, którym był właśnie Wiaczesław Masalcew. Jeszcze tego samego wieczoru prawnuk Gargulińskiego wysłał maila do polskiego konsulatu w Petersburgu z prośbą o pomoc w skontaktowaniu się z Masalcewem. Następnego dnia rano w skrzynce czekała już odpowiedź: z Masalcewem najłatwiej można się skontaktować przez Janusza Kobrynia z Koła Związku Sybiraków w Bystrzycy Kłodzkiej. Na początku sierpnia Polak i Rosjanin mieli brać udział w organizowanym przez polski konsulat wyjeździe na uroczystości upamiętniające ofiary pierwszego, znanego na całym świecie, łagru na Wyspach Sołowieckich. Już na miejscu, nie bacząc na problemy z łącznością, panowie skontaktowali się przez skype’a z Gargulińskimi. Podczas tego wirtualnego spotkania Roman Garguliński zaprosił Wiaczesława Masalcewa do Polski.

W listopadzie 2015 r. Masalcew przyjechał do Wierzbięcina, aby przekazać drewnianą tabliczkę licznie przybyłej na spotkanie z gościem z Rosji rodzinie Gargulińskich. Ze łzami w oczach, odwlekając moment przekazania tabliczki, wymieniali się pierwszymi informacjami i opowieściami. Wreszcie Wiaczesław Masalcew uroczyście wniósł tabliczkę. Mężczyźni zerwali się od stołu, otoczyli go ciasnym kręgiem, a on przekazał deszczułkę prawnukowi zmarłego w Komi Romanowi Gargulińskiemu, który rzekł z powagą: „To dopiero początek drogi powrotnej pradziadka do Polski”. Okazało się, że w następnym roku planują przywiezienie prochów Kazimierza do Polski i zorganizowanie mu katolickiego pogrzebu.

Tabliczkę i krzyż zbili z drewna, najprawdopodobniej sosnowego lub modrzewiowego, nieżyjący już synowie Kazimierza Gargulińskiego – Stanisław oraz Antoni – dwójka z dziesięciorga rodzeństwa. Obaj wraz z całą rodziną zostali w lutym 1940 r. zatrzymani w Dubowcach pod Tarnopolem i deportowani do Komi jako przymusowi osadnicy. Dziadek Kazimierz ze względu na wiek i stan zdrowia nie był już zmuszany do pracy, zajmował się wnukami. Jego śmierć po latach opisał, wówczas sześcioletni, syn Stanisława – Bronisław, obecnie żyjący w New Jersey, w swoich wspomnieniach „Through the eyes of a child”. Śmierć seniora była cicha, niemal niezauważalna. Pochylając się nad kołyską swojej wnuczki Józefy, Kazimierz nagle osunął się na nią i stracił przytomność. Został pochowany na polskim cmentarzu przy specposiołku Czesjol. Antoni Garguliński często powtarzał swojemu synowi Alojzemu, że do śmierci nie zapomni krzyża i tabliczki, którą wraz z bratem przygotował, aby umieścić na mogile Kazimierza. Mieli proroczą nadzieję, że przetrwa sto lat.

Wiaczesław Masalcew przyjechał do Polski na kilka dni. Jego wizyta to kolejny dowód na to, że odległości w czasie i przestrzeni, a nawet trudności językowe, nie są żadną przeszkodą w nawiązaniu rozmowy, otwierającego nowe perspektywy dialogu, bliskości i przyjaźni, jednym słowem tego, co szumnie nazywane jest pojednaniem.

Joanna Marciniak

« POPRZEDNIE WPISY  

Liczba wejść na stronę: Licznik